[zapomniałem opublikować, ważniejsze sprawy na głowie...]
Odzyskiwanie formy, czyli o korzyściach z zakochania się w postaci zmniejszonego brzucha i poczucia, że jest Ta Jedyna. I podróż z intencjami i próbami modlitwy - bo komu tym zaszkodzę?
21.06.2025 - dostałem napis na kask z Ks. Liczb, błogosławieństwo na czoło i medalik z Matką Bożą z Lourdes.
Początek - 23.06.2025
I. Prosto z tradycyjnego Wiener Neustadt przez Gloggnitz i Raxalpe. Raz sypnęło opadem na podjeździe, ze zjazdem przyszło poczekać na podeschnięcie nawierzchni, drugi raz ostrzegło w połowie zjazdu i - w miarę tuż po kąpieli pod mostkiem w Kapellen - kontynuowało solidnie do rana. Nocleg na przystanku; wygodnie, ale wcześnie trzeba się zbierać. 61 km.
II. Druga przełączka także sprawnie i zgodnie z zeszłoroczną metodą - oszczędzamy najlżejszy bieg, depcząc i podciągając do zasapania. Później szybciorem do Gusswerk i Wildalpen, przez obłędnie strome kawałki przed Hieflau i dalej przez wapienie parku Gesaeuse. Koniec aż w Liezen. 158 km.
III. Mozolnie i nieco nudnawo do Bruck, 135 km. Miejscówka zeszłoroczna, sprzętów kuchennych brak. Pogoda rokuje, więc nocleg na ryzyko - bez daszku.
IV. Osiąg: czwarty dzień z rzędu i 1h40m od Ferleiten do Fusher Toerl bez stopu. Jest dobrze. Po drodze do Lienz z (jak zwykle wymęczoną) Iselsberg widać chmury - będzie źle. Wieczorem gradobicie do kalibru wiśni; tarp wytrzymał, może potemu, iż pod choinami obóz. Wygarnianie lodowatej wody z dołków w darni, sprzątanie wskakujących kulek gradu na matę i śpiwor itp. atrakcje, no i strach, że daszek się popruje od tego bombardowania. 83 km.
V. Rest. Jedzonko, kawka, strudlik, ładowanie urządzeń, (wczorajsza) młodzież zaszczyca wizytą swoją Pana, mimo że nie Williamsburg... Biblii po niemiecku nie ma, ino Gotteslob - śpiewnik. Dzwony dźwiękły chwilę po wyjściu.
VI. Za ciosem - najtaniej do Cortiny, odnalezienie sklepu, Passo di Giau (1h01m zza Pocol, w ciągu rzecz jasna) i z górki na pazurki do Caprile. Pogoda cały czas pancerna, nocleg na bezczelnego między boiskami a domkiem ogólnoparkonarodowym; 121 km.
VII. Życiówka - Passo di Fedaia, wymęczona od Caprile w 1h30m. Obłędnie trudne, ale wreszcie - za trzecim podejściem. Grunt, żeby była pierwsza tego dnia i żeby kalorie mieć. Potem na spokojnie Sella i Gardena i spadunek do Stern - stały od dwóch sezonów nocleg pod mostkiem przy odjeździe na Valparola. 66 km.
VIII. Dalej za ciosem: w dół do Brixen i w górę do Sterzing i Jaufenpass - lekko pokropiło raz czy dwa, dodając motywacji. 1h31m w ciągu, nocleg wśród drewek opałowych mieścinę niżej od St Leonhard. Chyba St Martin. km nie zanotowano...
IX. Spokojnie do Prato, kąpiel w kanałku, zakupy, obóz. 66 km.
X. Rest. Wizyta w domu świątynnym, no i pizza point. Właśnie, obóz... - otóż zjawił się Pan Właściciel. Co ja człowiekowi poradzę, że tabliczka o prywatności terenu (myślałem zawsze, że tyczy tego pseudo-kominka) jest tylko po jednej stronie, a ja włażę od drugiej. Oprotestowawszy użycie okiennic jako dachu itp., ponegocjował trochę i ustaliliśmy, że na jedną noc zgodnie z planami jeszcze zostanę, pod warunkiem, że wszystko zostawię we w miarę pierwotnym stanie. Uścisk dłoni, podziękowanie i dotrzymanie słowa rzecz jasna. Morał: za rok trzeba będzie tam szukać czegoś nowego... A ów wielki budynek naprzeciwko elektrowni, za którym śpię od czasu zlikwidowania nadmuchu, to dawna fabryka krzeseł rzekomo - we went out of business. I hotel Prad też podobno. Tam też jest daszek.
XI. Stelvio od wschodu w niezmiennym - dla niezłej wg mnie formy - czasie 2h21m. I siurpryza: szosa do Bormio zamknięta. Zlatuję na łeb na szyję do Sta Maria i, chcąc nie chcąc, o zgrozo, Ofenpass - 1h10m. Na szczęście bez skrajnej spiekoty. Raz czy drugi na zjeździe (z podjazdem w środku) lekko pokropiło, ale przeczołgałem się bokiem. Po drugiej stronie średnio ciekawie - żrę co nieco i w górę. Do S-chanf, kąpiel w Innie nieco na widoku, no i noc na dworcu. Chłodnawo. 93 km.
XII. Pogoda tak grozi, że Albulę odpuszczam. Wjazd na Julierpass zamknięty. No to Maloja - najbardziej żartobliwa z przełęczy, 200m w górę na 30 km bieżących. Później szybciutko w dół do Chiavenny; 35 stopni - chciałem dobrej pogody, to mam. O dymaniu pod Splugę nie ma nawet co marzyć, bo spłynę do reszty. A więc do rzeki raz, obiadek, wizyta w kolegiacie (z V wieku!), gdzie dziewoja jakaś ćwiczy coś Bacho-podobnego na organach. Co za akustyka, jak oni to dopasowali?... Drugi obiadek, drugi raz do rzeki, przegryźć jeżynami i spać. Ciekawe chmury na południu; 73 km.
XIII. Spluga na raty - ruszam o 7:30, żeby nie spiekło, ale z dołu widać sine chmurzyska, z okazjonalnymi błyskami i pomrukami. A po godzinie mam dwie i pół przeczekiwania w bardzo sympatycznym hoteliku z kawiarenko w Campodolcino. Przeschło nieco, więc dalej, na lekkim niedożywieniu. Mniejsza o czas, skoro przerwy były, zresztą problem od paru sezonów jest wyczyszczony i zwykle kończyło się na 2.5h z ogonkiem. Zjaździk z wichrem w plecy; na jednym z prostszych odcinków zahaczamy o 90 km/h - Never ride faster than your guardian angel can fly. Chwila żarcia w Thusis i pod wiatr do Bonaduz i południową stroną kanionu Renu. W Ilanz 7 minut spóźnienia do sklepu, więc łoję pizzę u Turka. Miejscówka nietypowa - za opuszczonym/marniejącym salonem sportowym. Daje radę, podobnie jak kąpiel w dopływie Renu, a nie w nim - klarowna woda. 102 km.
XIV. Zabawny dzień - najpierw holowanie parę km jakiegoś wyżylonego dziadka, choć wiało w plecy. Dziadek czmychnął do przodu na pierwszej zauważalnej stromiźnie, chyba za Trun. Forza Opa! A w Disentis curiosum - dwóch chłoptasiów-braci z Zurichu, po < 25 lat, poluje na kogokolwiek ze światełkiem, bo na podjeździe pod Lucomagno tunele rzekomo. Hm. No to pojadymy we trójkie. Jeden z braci na singlu z przełożeniem naprawdę solidnym, ze 2.5 spokojnie. No ale chudzielce, co oni o życiu wiedzą. A na Oberalp i dalej nie było szansy - chmury i nad nimi też chmury. Braciaki w środku podjazdu proponują rozłożyć się z piknikiem; czemu nie, rozmawiamy o tym i owym, a chmury suną, suną, suną. Ostatecznie zaczyna solidnie padać przed ostatnim tunelem. Dzieciaki wylatują z niego z prędkością nadmierną, ja - nieprawdaż, nauczony wieloletnim doświadczeniem garbu i bagażu - wyhamowuję grzecznie do 15 km/h, bo mokrego sprzętu i napędu nie zniesę. Przycupujemy w przełęczowym gościńcu, bracia po ciepłym kakałku, a ja kawu. Zafundowali, musi za światełko - bardzo miło.
Ze zjazdem wstrzeliwujemy się idealnie w "okno": ze 2 km deszczu i mokrej szosy, później nie pada i robi się sucho. Ciągniemy ile sił w deptadłach, na dodatek z racji adolfowatości nawierzchni (płyty betonowe) inwestujemy w ścieżkę rowerową; zgroza. Ultra stroma, cienka, raz trafił się traktor; trzeba było zostać na głównej, mimo że trząchało. Ostatnie kilometry do Biasca do zarżnięcia, pod fatalny wicher. Tam chyba konflikt wiania jako takiego, no bo wieje pod Lucomagno i z Gotharda, i zbiera się na solidną burzę. Żegnamy się, bracia na dworzec i w kierunku domu, ja pilnie do rzeki, zrzucić w krzakach ładunek i umyć organizm. Ledwo z powrotem w miasteczku i na stacji benzynowej (niedziela - a żarła brak), i robi się nieciekawie - łupie wodą i grzmotem przez prawie dwie godziny. W końcu przechodzi. Noc pod mostkiem i obok mostka. 92 km.
XV. Rest, wizyta w domu Pana. Najstarszym lokalnym, ale musi drzwi pomyliłem, bo wnętrze jakby nowiutkie. Nie rozumiem, o co poszło.
XVI. Widać było po niebie, że będzie tak sobie. No ale San Bernardino - nie w kij dmuchał. Niepokoją piękne szczyty przyprószone śniegiem - znak, że wyżej było nieźle zimno. Kolejne wyczekiwanie w miasteczku pod przełęczą, znak z nieba, że "okno" - ledwo zdążam, końcówka podjazdu ze śladami drobnego gradu i wichru w twarz, ze 40 km/h dęło. Zgroza; w te pędy w dół do Hinterrhein - to tam, gdzie żołnierze od scyzoryków te armaty torturują. I mimo dygotów jeszcze kąpiel, wszak kultura musi być. Ktoś czuwający skierował moje kroki do zdezelowanego budynku pt. "Restaurant" - ha, wejście przez garaż wolne, po podejściu schodkami można mieć dla siebie całkiem niezły apartament. Gorzej, że z podłogą z kafli, ale darowanemu koniu nigdzie się nie zagląda. Zimno jak nieszczęście, noc raczej z gatunku przedygotanych. 78 km.
XV. Rano to samo: trzeba się zebrać i ruszyć w dół w lodówkowatej temperaturze, może 7-8 stopni. Widoki cały czas wspaniałe. Bo tak w ogóle widoki po obu stronach San Bernardino takie są - majestatyczne, strome i niemal ponure zbocza. Jakby skandynawskie czy co? Spadam jak najdalej, przez Chur, Liechtenstein i Feldkirch, parę km za Bludenz. Nocleg blisko rzeki, w ciasnym kawałku doliny. Chłodno. 151 km.
XVII. Od środka nocy zimno, ale nad ranem chyba daje się zasnąć. Ruszam i powtórka z rozrywki - zimno nieziemsko, każde -naście m w słońcu cieszy. Do czasu - bo szosa przez Silvrettę zamknięta. A żeby to... No to cofka, parę km za Bludenz i pierwsza z korb. Obłędna stromizna pod Faschinajoch, ze zdradliwym zjazdem w środku. Zjazd do Au - ano właśnie, ał. I druga korba, czyli Hochtannbergpass i przejście do doliny rzeczki o swojskiej nazwie Lech. Pluskanie w potoczku pod mostkiem, spóźniony obiadek, wizyta w domu Pana i pomruczenie w intencji Najdroższej. Noc w składzie starych desek, więc nie na betonie. 121 km.
XVIII. Rano znów zimnica. Kakałko z kartonika w sklepiku i kolejna przełączka. I stromizny nieziemskie, z niezłym wypłaszczeniem pośrodku - do wyłojenia ok. 900 m. I fatalistyczny zjazd do Imst, z 1000 m w dół w niecałe 20 minut; dawno nie miałem takiego stracha o nadkopcenie opon od gorących obręczy. No ale ustrzegł Pan. 36 km.
Dość, tęsknota ciągnie i dom i praca (także dla Niej), zatem do kolei. Potem noc na dworcu w Linzu i CD - przez Pragulec do Mezimesti. 1581 km. Mało w porównaniu z dawnymi czasami, ale forma bardzo dobra!
Do następnego?... A może już nie? W sumie zależy trochę.
Przeczytane:
T. Turowski: Chichot hieny, Oko smoka - o oficerze Pawle jak zwykle! Chwilami nieco naiwne, ale lubię, jak dobro zwycięża - pomarzyć...
V. Severski: Krawiec - fajna retrospekcja z udziałem oficera Romana i początki Moniki, a Ray i Martin chyba znani z tego placu w Helsinkach, co w poprzednie wakacje czytałem!
M. Faliński: Operacja Rafael - prehistoria znanych rzeczy z poprzedniego lata, przeplot lat wojennych i post-2010. Oficer Łodyga, czy jak mu tam. Nawet kobietę Ewę w Iraku zapoznał. I z niecienkimi aluzjami do "najnowszej książki Włodka", tj. ex-szefa Łodygi. Nie ma jak bezpieka.
O korekcie i błędach nie piszę, bo wiadomo, co mam do napisania - najlepiej na tym wychodzi V. S., no i dobrze, że T. T. zmienił wydawnictwo.
Poczytane:
dokończone Bullshit Jobs;
ileś fragmentów PŚ (The King James' Bible), w tym zgodnie z kal. liturgicznym - Jedyna przysyłała "współrzędne";
Ch. Hitchens: God is not Great;
R. Ingersoll: The Holy Bible: A Lecture, Hell: Warm Words on the Cheerful and Comforting Doctrine of Eternal Damnation, The Christian Religion: An Enquiry. Ciekawe i celne, jak kto uprawia karkołomny sport czytania tych tekstów dosłownie.
No comments:
Post a Comment
Note: only a member of this blog may post a comment.