Wednesday, 24 September 2025

piękna pieśń

 O, Matko miłościwa - usłyszałem na Dominikańskiej...

Thursday, 4 September 2025

lektura, II

No i znów się najeżyłem. Tym razem nieszczęsna przypowieść o talentach w Ewangelii wg św. Mateusza. Nijak nie pasuje mi "oficjalna" wykładnia, suflująca porównanie pana z Panem i sługi "złego i gnuśnego", co to 1 talent wziął i zakopał, a później oddał, do człowieka, co to marnuje wszystkie (skąd to wiadomo?) swoje szanse. Czy otrzymane od Pana, czy w rodzinnym domu w ramach wychowania i w szkole i szerzej - w społeczeństwie - mniej istotne.

Otóż dobry, sprawiedliwy i miłosierny Bóg nie mógłby tak surowo i bezwzględnie ocenić tego postępku; poza tym brakuje pełnych danych wejściowych, żeby rozsądzić (rozeznać - moje ulubione słowo!). Nie wiem, jakim - tak w ogóle - pracownikiem był ów sługa. Przypuszczam, że wystarczająco dobrym, że wcześniej nie stracił pracy. Nie jest oczywiste z kontekstu, jeśli nie jesteśmy znawcami epoki, że owo przekazanie 5, 2 czy 1 talentu jawnie oznaczało "weź i pomnóż". Bo przecież równie dobrze mogło oznaczać "wyjeżdżam, masz tu, kup dzieciom daktyli i fig" (bo np. lodów nie mieli).

Nawet jeśli łaskawie pominąć wątpliwości trzeciego sługi co do czystości biznesów pracodawcy i uznać, że sługa ów okazał się był jedynie gapą czy nieudacznikiem, nijak nie pasuje mi do chrześcijańskiego podejścia do człowieka karanie go za to. I to jak - poprzez wyrzucenie w ciemności, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. Pomińmy problem pomnażania majątku (czy "przekazania bankierom" jako ostateczności), bo sugerowanie bliskości procederu do lichwy może być nieuczciwe; a i nie wiem, czy zakaz lichwy i scedowanie jej na Żydów nie jest aby późniejszym wynalazkiem. (Swoją drogą: kredyt jako niezbędne koło zamachowe biznesów i przedsiębiorczości, pochwalanych rzekomo, ale udzielany obcymi rękami i to z piętnem grzechu, też jawi się jako wstęp do podwójnych standardów!)

Gapa czy nieudacznik w mojej wizji mieści się w szufladce (a przynajmniej niedaleko) "ubodzy duchem". A wszak błogosławieni są podobno, ich będzie królestwo niebieskie i za nimi (ale w innym miejscu i czasie) ujmował się tow. Chrystus. I o możliwości przejścia bogacza przez bramę czy wielbłąda przez ucho igielne już przemilczmy; takoż o odbieraniu tym, co nie mają i dawaniu tym, co mają. Bo ów 1 talent od sługi "złego i gnuśnego" trafił się pierwszemu, co to 5 talentów podwoił. No i masz babo placek pt. sprawiedliwość!...

Czy nie udało się piszącym (z wersją Łukasza wyraźnie się to rozjeżdża), czy interpretującym, nie wiem. Oficjalna wersja zdaje się promować silnych i zaradnych i niezważających na tzw. niewygodne szczegóły - bo nie wyjaśniono, czy ów pan był w końcu uczciwy, czy nie. Zakopanie talenta i oddanie jawi mi się jako całkiem neutralne umycie rąk - słyszał sługa złe rzeczy o panu, nie chce mieć z tym nic wspólnego, majątku nie zmarnował.

Pocieszające za to jest, że próby dyskusji z bardziej uczonymi w Piśmie (hehe...) owocują komentarzami, że "powiało świeżością". Tyle dobrego. Wyraźnie czytam Nowy Testament tak, jak czytaliby go ci, którzy raczej go nie czytają, bo wolą Stary.

Tuesday, 2 September 2025

oddech wymarłych światów, cz. 2


Drugi sygnał z przeszłości - Alpy 2003. Zurich-Genewa przez Col Agnel. Podróż sentymentalna... - na spotkanie ówczesnej przyszłej byłej niedoszłej.

Wakacje!.. Nareszcie. Praca magisterska napisana, można się pakować do autobusu i jechać do Szwajcarii. Po niezbędnych przygotowaniach, treningu i długim gapieniu się w mapy wyruszam w podróż ósmego lipca. Z godzinnym opóźnieniem i niestety do Zurichu, a nie do Lozanny, jak planowałem. Trudno, mam mapy i wiem, jak jechać. Nie zginę.
Jednym z najbardziej dramatycznych elementów tej wyprawy jest przeżycie związane z jednym filmem, którego nie włożyłem właściwie do aparatu. Trudno, nie ma. Białe. Albo czarne, zależy, czy odbitki, czy negatyw. Przepraszam, najbardziej chyba siebie...
 
Godzinne opóźnienie przeistoczyło się w trzygodzinne, ruszam z Zurichu o trzeciej po południu. Jest okropny skwar. Kierowca autobusu pyta, dokąd chcę dojechać; otrzymawszy odpowiedź rzuca mocne słowo. Po trzynastu kilometrach pęka dętka. Dziś wiem, że tak skrajna wściekłość, jakiej wtedy doświadczyłem nie służy odpoczynkowi, ale wtedy "trzeba było". Czterdziestostopniowy upał, pełne słońce, a ty człowieku baw się w unoszenie załadowanego roweru, odkręcanie koła, wymianę dętki... Szczęście, że wjechałem na stację benzynową, przynajmniej nie musiałem się użerać z pompką. Rowerek naprawiony, ale morale raczej nadpsute... No nic, trzeba jechać, przecież nie można się poddać teraz, na takiej nizinie!
 
Trafiam do Lucerny, po dość stresującej przeprawie przez miasto jest już spokojnie. Rozkręcam się i wraca, a raczej przychodzi ochota na małą konfrontację z górami, a trasę mam dość trudną. Po 92 km docieram nad Sarner See, przed Giswil. Po kąpieli w jeziorze chowam rower w krzakach i idę spać, "na dziko", nawet nie rozbijam namiotu. Boję się, czy przypadkiem nikt mnie nie znajdzie (kary dochodzą do 40 CHF), ale wszystko jest w porządku. 
 
Rano ruszam przez Giswil, po zakupach mam szybkie śniadanie i podjazd (560 m) na Brünigpass (1008 m). Szybki zjazd i jestem w Meiringen (595 m). Chwila duchowego przygotowania (czekolada, jogurt...) i atakuję Grimselpass, na wysokości 2165 m. Chyba zawsze tak jest z tym "pierwszym wjazdem", że często się zatrzymuję, robię dużo zdjęć i... jestem okropnie zmęczony. Ostatnie kilkaset metrów w górę robię krótkimi odcinkami, po przystanięciu mam zawroty głowy. Jakoś tam się mobilizuję i kwadrans po trzeciej jestem na przełęczy (podjazd zacząłem o 10.40, było tego ponad 1500 m, czyli okropnie wolno - moja norma to 400 m/h). Trochę odpoczywam, a po szalonym zjeździe jestem w Gletsch (1757 m). Widzę drogę na Furkapass i przypominam sobie, jak bardzo dała mi do wiwatu dwa lata temu. Teraz będę podziwiał drogę wzdłuż Rodanu inaczej niż dotychczas - zjeżdżając w dół - mam zamiar dotrzeć co najmniej do Brig, choć początkowo myślałem o noclegu w Täsch pod Zermattem.
 
Za Fiesch jest ostatni stromy zjazd w Dolinie Rodanu. Trafiam do Brig, ostatnie kilkaset metrów pokonuję pod wiatr, jadąc z prędkością 15 km/h i mając wrażenie jakbym jechał co najmniej dwa razy szybciej. Zgroza. Po podobnej męczarni dostaję się do Visp i skręcam do Mattertal. Nareszcie cisza. Rzeka Vispa jest szara i brzydka. Dolina rozdwaja się, na lewo odchodzi Sassertal, z kurortem Saas Fee na końcu doliny. Skręcam w prawo, rzeka znika gdzieś w dole -- trzeba będzie znaleźć potok do kąpieli. Obozuję w końcu przed St. Niklaus, znów na dziko i znów mam stracha.
 
Rankiem (koło piątej) zaczynam podjazd do Zermattu. "Skoro jest podjazd, to nie biorę kurtki" - świadoma decyzja, opłacona uczuciem straszliwego chłodu. W dolinie było pewnie z 10 stopni, jechałem w cieniu i zamarzałem, dwa razy chciałem zawracać, ale chęć zobaczenia Matterhorna była silniejsza... Zobaczyłem ten ząb, wyniosły kawałek płyty afrykańskiej, dopiero po wjeździe do Zermattu. Widok naprawdę wspaniały, na lewo biały masyw Monte Rosa. Brak filmu wynagrodziłem sobie w czasie pisania tego opisu, rysując Matterhorn - oto wynik:

Po zjeździe do Täsch włażę do sklepu po jakieś "kalorie", ale najmilszym miejscem okazuje się kącik, w którym stoi machina do pieczenia bułeczek... Po szybkim śniadaniu zjeżdżam do miejsca swego noclegu, pakuję sakwy i namiot na rower i wracam do Visp. Tak skończyła się wyprawa po piękne widoki, których nie udało się uwiecznić. Może jeszcze kiedyś tam wrócę?..
 
Około jedenastej ruszam z Visp do Martigny. Nie będę opisywał toczącej się od Sion walki z wiejącym w górę doliny wiatrem. Siedemdziesiąt dwa kilometry przejechałem w siedem godzin... Z poczuciem klęski i ponad stu dwudziestoma kilometrami na liczniku zamieszkałem na campingu w Martigny, z przerażeniem myśląc o czekającym mnie następnego dnia podjeździe na Przełęcz Św. Bernarda. Zrobiłem zakupy, porządnie włożyłem film do aparatu (!) i można było iść spać.

Następny dzień zacząłem wczesnym rankiem, zebrałem się na siódmą i pojechałem szosą prowadzącą do Val d'Entremont, kończącą się na Col du Gd St Bernard, na wysokości 2470 m. Okazało się, że wszelkie wczorajsze obawy mogę odłożyć w kąt, jechało się znakomicie. Aż do początku tunelu, na wysokości 1950 m podjazd jest naprawdę łagodny. Ostatnie 500 m wymaga nieco wysiłku, ale widoki, powietrze i woda ze strumieni potrafią to wynagrodzić.

Na przełęczy spędzam kwadrans, robię parę zdjęć i przygotowuję się do pierwszego porządnego zjazdu. Do Aosty mam 1900 m w dół. Na początku droga jest stroma i kręta, ale nie obawiam się o koła - są gorące, ale od pierwszych zjazdów w Alpach i palonych opon trochę czasu już minęło i nauczyłem się bezpiecznie hamować. Po dojechaniu do wylotu tunelu zdejmuję kurtkę, dość tego. Bez większych przygód docieram do Aosty. Dolina jest leciutko przymglona; to powoduje, że zdjęcia gór nie wychodzą, i upał daje się mocniej we znaki. Skręcam na wschód i znów zaczyna się walka z wiatrem, uwiecznionym na zdjęciach poniżej. Najgorszemu wrogowi nie życzę takiej jazdy! Cudem trafiam na otwarty sklep (sobota we Włoszech...). Kręcę się trochę szukając campingu, jestem nieźle zdenerwowany. Trafia się wreszcie coś w St Vincent. Jest szósta. Na liczniku 112.5 km

Kwadrans po siódmej rano ruszam w kierunku Turynu. Pokonałem ponad sto kilometrów w prawie pięć godzin. Trochę to głupie tak kręcić po nizinie, ale tak miało być. Do campingu w Turynie dojeżdża się krętą ulicą, podjeżdżając około stu metrów w górę. Był to chyba jeden z najbardziej przykrych akcentów tego dnia. Na szczęście trafiłem tam parę minut po dwunastej i jeszcze mnie obsłużono (siesta trwa od dwunastej do trzeciej!). Resztę dnia spędziłem na nudzeniu się, grzebaniu przy rowerze, piciu wody i soku i stwierdzaniu, że jest mi gorąco. Okropność.
 
Nazajutrz miałem szczerze dość nizin i postanowiłem skoczyć daleko w góry. Zacząłem przed siódmą, wygrzebałem się z miasta i nawet trafiłem na dobrą drogę, prowadzącą do Saluzzo. Trafiłem tam po dwóch i pół godzinie, po 77 km. Zjadłem drugie śniadanie i pojechałem dalej, za znakami na Valle Varaita. Od samego początku zapowiadał się deszczyk, jednak zostałem oszczędzony, co więcej - było mi dane jechać we mgle. Po podjeździe na Pso di Falzarego nad Cortiną zdarza mi się to drugi raz w życiu. Uczucie jest niesamowite - jadę szybko i jest chłodno, ale nie zimno. Koszulkę zawijam jakoś na kierownicy, moje ciało "paruje", na rękach mam gęsią skórkę i pełno małych kropelek wody. Czuję się trochę jak maszyna. Najważniejszą rzeczą jest utrzymanie tego stanu, lepiej nie zatrzymywać się na dłużej niż na minutę-dwie, inaczej można się nieźle wyziębić.
Mijam kolejne miejscowości w dolinie, przed godziną drugą docieram do Casteldelfino, na wysokości 1296 m. Około czwartej, po wzgardzeniu campingiem w Pontechianale (ponad 1800 m) nie mam już zbyt wiele siły ani woli walki. Poza tym jestem głodny. Poddaję się po przeszło stu dwudziestu kilometrach i ponad półtora tysiącu metrach podjazdu - jest polanka, mokra od opadającej mgły. Wśród gwizdów świstaków rozbijam namiot i idę (a właściwie schodzę i uważam, żeby się nie zabić) pod prysznic, czyli do strumienia. Po lodowatej kąpieli zawijam się w śpiwór i gotuję jakąś pyszną zupkę, zresztą w tych warunkach wszystkie są pyszne.
Parę minut po kolacji słyszę krótki i głośny świst, bardzo blisko namiotu. Wychylam głowę i parę metrów od siebie widzę sympatycznego zwierzaka. Powoli sięgam po aparat, ale przy norze już nikogo nie ma. Po paru minutach pojawia się ten sam delikwent.

Po zrobieniu tych zdjęć uzbrojony w aparat stanąłem nad norą i stałem kilkanaście minut, ale nic z tego. To bardzo ostrożne stworzenia.
Rano na szczęście nie ma śladu po mgle, po śniadaniu zwijam obóz i rozpaczam nad ilością wody, którą zawiozę zaraz w górę, nawet po porządnym wytrzepaniu tropiku i wytarciu podłogi namiotu. Trudno.

Ruszam o siódmej, pojawia się słońce, w dolinie widać mgłę. Zewsząd dochodzą świsty, na które chętnie odpowiadam. Świstaków jest naprawdę dużo, niektóre uciekają po szosie. W pewnym momencie trafiam na dwa młode, jeden łaskawie nie ucieka do nory.

Droga jest nieźle stroma i dość wąska, krajobrazy wspaniałe.

Nie spieszę się, ale 800 m pokonuję w niecałe dwie godziny. Zjeżdżam do Francji. Kawałki szosy są fatalnej jakości, do polskiej normy brakuje tylko porządnych dziur. Po kilku podskokach sakwy zjeżdżają w dół - nie trzymają się hakami bagażnika, wiszą tylko na sznurku. Nie odpadły - właśnie po to spędzam codziennie kilka minut wiążąc namiot i sakwy.
Zjeżdżam do Chateau-Queyras, po drugim śniadaniu ruszam dalej i tuż przed południem zaczynam podjazd na Col d'Izoard. Jest ciężko - pełny żołądek, upał i nieźle pod górę. Mijam starszego człowieka prowadzącego kolarkę i trzymającego się za serce. Nie chce ani wody, ani czekolady, mówi, że wszystko jest dobrze... Boję się. Po kilku kilometrach droga zaczyna piąć się na wzgórze, prowadzi przez sosnowy las. Jest gorąco, czuć zapach żywicy, igliwia i suchych drzew, a łaty z asfaltu nieomal płyną po szosie. Omijam je z jakimś dziwnym lękiem, że mogę się do nich przylepić. Po męczącej walce ze skąpanym w słońcu wzgórzu trafiam wreszcie na Casse Desserte, droga prowadzi długim, stromym zboczem, pokrytym szarym pyłem z tu i ówdzie wystającymi dziwacznymi kształtami skał, które oparły się erozji. Niesamowity widok, gdyby nie sosny i świerki możnaby pomyśleć, że jest to kanion albo jakaś górzysta pustynia. A ja tu chciałem nocować...

Po dwóch godzinach i dziesięciu minutach i tysiącu metrach podjazdu docieram na przełęcz (2360 m), spędzam tam parę chwil i zaczynam zjazd do Briançon. Dość długo szukam campingu, przy okazji podjeżdżam jakąś obłędnie stromą ulicą. Potem nią zjeżdżam i na szczęście nie kasuję kilku samochodów i przechodniów.
 
O piątej rano ruszam na południe, do Ailefroide, z nadzieją obejrzenia lodowców wypatrzonych na mapie, ale pogoda się psuje. W sumie 800 m w górę zrobione w dwie godziny mogę spisać na straty... Wracam do domu nieco głodny, po śniadaniu (jest dziewiąta rano...) i prysznicu czuję się jakbym dopiero zaczynał dzień. 
Za dwadzieścia dwunasta zaczynam jazdę na Col du Lautaret (2058 m). Podjazd jest długi i łagodny, około siedmiuset metrów na trzydziestu kilometrach, ale poranna eskapada powoduje, że dość szybko się męczę. W niecałe dwie godziny osiągam przełęcz. Dużo tu "cywilizacji", ale mnie jak zwykle interesują lodowce.

Postanawiam iść za ciosem i podjąć walkę z następną przełęczą. Wraca mi "forma", podbudowana chęcią wyprzedzenia grupki hałaśliwych Holendrów. Prawie sześćset metrów podjazdu pokonuję w godzinę i pięć minut, popędzany dodatkowo przez psującą się pogodę, kropiący lekki deszcz i chłodny wiatr. Nie udało się zrobić lepszego zdjęcia na Col du Galibier, tablica była okupowana przez zmotoryzowanych "turystów". Zjazd dostarcza jak zwykle ciekawych i niebezpiecznych sytuacji. Np. konieczności wyprzedzenia dwóch facetów na rowerach bez bagażu.

Trafiam do Valloire, ponad tysiąc metrów pod przełęczą. Namiot, zakupy, trochę wylegiwania się i lenistwa. Nawet pogoda się poprawia.

Nazajutrz śpię trochę dłużej, wyruszam w pół do ósmej. Na początek Col de Telegraphe, 150 m podjazdu, a potem prawie tysiąc w dół. Przykre było to, że gdzieś w połowie drogi zostałem na siłę wyprzedzony przez ciężarówkę i wlokłem się za nią z szybkością trzydziestu paru kilometrów na godzinę. Spaliny, złość i tym podobne smutki. Od St Martin de Maurion mam dwadzieścia kilometrów do Modane. Pojawiają się znaki na Col de l'Iseran. Prawie sześćdziesiąt kilometrów i ponad dwa tysiące metrów do góry. Zacznę, najwyżej przenocuję gdzieś wysoko. Po drodze mijam jakieś dziwne zabudowania.

Jedzie mi się tak dobrze, że w Lanslebourg już wiem, że przejadę tego dnia przez przełęcz. Jest gorąco, ale nie tragicznie. Dostaję się do Bonneval sur Arc, skąd mam mniej niż tysiąc metrów podjazdu.

Chwila odpoczynku i zaczynam. Po drugiej stronie doliny widać jakieś wysokie szczyty ze spływającymi lodowcami. Robiłem im zdjęcie kilka razy, wybrałem to zrobione z najwyższego punktu, z widocznymi kawałkami szosy.

Za przesmykiem widocznym na ostatnim zdjęciu zaczyna wiać lodowaty wiatr. Przez pierwsze parę chwil mogę się nim cieszyć, ale zaraz zaczynam szybko marznąć. Nijak nie zdobywam się na wygrzebanie kurtki - do przełęczy zostało niewiele ponad sto metrów w górę, a każde zatrzymanie oznacza dalsze chłodzenie organizmu. Zmęczonego i głodnego na dodatek... Docieram na Col de l'Iseran i ledwo mogę ustać, tak wieje. Ustawiam jakoś rower i od razu wkładam kurtkę. Jest trochę lepiej, ale do szczęścia na tym zjeździe potrzebny jest mi kaptur pod kaskiem. Predkość dochodzi do 75 km/h - całkiem fajnie, ale trochę niebezpiecznie. Hamuję po

przeżyciu niewielkiego szoku - wyprzedza mnie trzech motocyklistów jadących z obłędną prędkością i hałasem. Dawcy... Po kilku minutach widzę Val d'Isere, prawie tysiąc metrów niżej. Po dotarciu do miasteczka robię małe zakupy, zszokowany cenami, o połowę wyższymi, niż "na dole".  Wyjazd z Val d'Isere na długo pozostanie w mojej pamięci jako jedno z najbardziej przykrych przeżyć związanych z alpejskimi szosami. Tunele... W sumie nic strasznego, co najwyżej huk jest męczący, ale jeśli dołożymy do tego dziury w jezdni, popsute oświetlenie, dość duży ruch i kierowców wyprzedzających przez ciągłą linię tuż przed zakrętem, to otrzymamy prawdziwe narzędzie do niszczenia rowerzystów. Jest ciemno, jadę środkiem prawego pasa, ręce kurczowo zaciśnięte na kierownicy ledwo wytrzymują niespodziewane podskoki, a poza tym naprawdę się boję. Nie chcę zostawiać kości w tunelu. Jakoś się z tego wygrzebuję, ostatni tunel jest przy jeziorze.

Szosa jest stroma, korzystam z tego, żeby odreagować poprzednie wrażenia. Kilka kilometrów przed Bourg St Maurice trafiam na korek. Dojeżdżam wreszcie do Seez, znajduję camping i kupuję wymarzone owoce, które były za drogie tysiąc metrów wyżej...

Następnego dnia przed ósmą zaczynam podjazd na Col du Petit St Bernard (2188 m), droga jest kręta i mało stroma. Jadę szybko, szybciej niż kolarze. Po chwili okazuje się, że zapomniałem o tym, jakie mam przełożenie... Osobliwy sposób na zwiększenie tempa jazdy. Do La Rosiere (1850 m) trafiam w pół do dziesiątej, godzinę później jestem na przełęczy. Widać Mt Blanc. Przed sobą mam ostatni duży zjazd. Do Courmayeur docieram w południe. Trafiam od razu na dworzec autobusowy, bez problemu kupuję bilet do Chamonix. Za kwadrans druga jestem we Francji i zatrzymuję się na campingu niedaleko Chamonix.

Spędzam tam dwa miłe dni, trzeciego skaczę za Genewę do Gex, skąd nazajutrz odbierają mnie rodzice. Koniec. Do następnego lata...

Monday, 1 September 2025

lektura

Czytam Dzieje apostolskie. I trafiam na 16,16-19. Oto kobieta z "duchem wieszczym" włóczy się za tow. Pawłem i towarzyszami. I rzekomo namolnie powtarza to, co zdaje się być wg wykładni czystą prawdą - że oto idą i głoszą Słowo i proponują zbawienie. Jednostronnie (a być może z pomoco Bożo) tow. Paweł rozeznaje sytuację i - "znużony" - dokonuje wypędzenia z kobiety owego "ducha". Mniejsza o dalsze konsekwencje (bo "duch" i gadanina kobiety podobno jej panom przynosiły zyski, a wobec takiego obrotu spraw jednak zyski poszły w piach i panowie się nieco zirytowali).

Co mnie tu uwiera? Ano, chodzi o obrazek widziany przez obserwatora zewnętrznego, w szczególności nieświadomego (jeszcze?) spraw boskich. A mogącego sobie je uświadomić dzięki działalności Apostołów. Otóż gadanina tej pani mogłaby Pawłowi &co. i sprawie Bożej dać klientelę w postaci kandydatów na wiernych. Co należałoby przecież - dla dobra sprawy! - przyjąć. I żadne"znużenie" nie powinno tu być istotnym kosztem, skoro Mistrz swego czasu ducha na krzyżu oddał, a przedtem wycierpiał konieczność polemiki z tow. faryzeuszami. Tymczasem tow. Paweł lekko i dodatkowo wbrew hasełku, że "błogosławieni ubodzy duchem" (bo coś takiego wietrzę u onej kobiety), po prostu pozbawia ową panią części tożsamości. W sumie trochę dla własnej wygody. A może dla jej dobra? Nie wiem, czy kobieta z tej relacji istotnie sprawiała wrażenie nieco poszkodowanej na głowę. Wg mnie, z dzisiejszej perspektywy, raczej tak, i o apostołach przemilczmy...

Tak więc postępek Pawła zdaje mi się być godnym silnego, asertywnego człowieka, raczej nie prawego chrześcijanina, a co dopiero ex-ucznia, tj. świadka działalności tow. Chrystusa. I nie ma wiele wspólnego z miłością bliźniego. Nie odbyło się zresztą nic zbliżonego do prób perswazji, a przynajmniej nie zostało to zanotowane. Tylko opędzenie się od opętanej babki jak od naprzykrzającej się muchy.

Gdybym stał z boku, nijak nie kupiłbym wersji, że tow. Paweł i towarzysze głoszą tu wiarę pełną miłości - raczej wyczułbym po tym postępku coś fałszywego.

Zresztą obserwacja działalności, postawy i retoryki tow. Chrystusa (z perspektywy kogoś bez wiary) prowadzi w prostej linii do poważnych kłopotów. Podpadał strasznie, i pretensje wierzących do ówczesnej grupy trzymającej władzę o ukrzyżowanie tow. Chrystusa zdają się być - w społeczno-politycznej warstwie - nijak nieuzasadnione. Tow. Chrystus był buntownikiem. Nie przestrzegał podstawowej zasady PKP, co to brzmi "nie wychylać się". No i dostał, na co zapracował; a co do tego dorobił po drodze i dorobili inni po nim - inna historia, z innego świata.

Niemniej, akceptuję możliwość istnienia tego świata. W jaki sposób tamtejsze władze, istoty duchowe itp. miałyby interweniować w świat nasz (wykrywalnie albo nie przez fizykę naszego świata) - nie wiem. Ale nie muszę. Mogę mieć nadzieję. I ktokolwiek mi powie, że to głupie, mogę tylko potwierdzić, że przykładanie intelektu/rozsądku do tamtego wyobrażonego czy "nadziejonego" świata istotnie nie ma sensu. Ba, przykłady j.w. z wygodnickim tow. Pawłem, pysznym tow. Chrystusem (i parę innych przykładów w tych teczkach też się znajdzie), tony interpretacji, kluczy (i parę zagadnień do dziś rozumianych bardzo dosłownie - chyba nieźle wiem, dlaczego...) pokazują, jak duże jest tu pole do dowolności, nagięć itp. Z punktu widzenia jako takiej ścisłości czy poukładania. "Kochaj i rób co chcesz"?

Będę się boksował i nie dam sobie w cache dmuchać.