Sunday, 25 September 2016

yamaha-ha-ha

RBX 374


Basówka trafiła po znajomości na ostatnią posługę przed puszczeniem na rynek. Co można powiedzieć dobrego: jak na chińską sztukę naprawdę ultra-twarde progi. Irytuje złażący z gryfu czarny lakier... Przeszły wymagany szlif i drobną naprawę mostka, a konkretnie dostarczono śrubek do wózków, wózków cztery, śrubek sześć. Dwie poszukiwane i skrócim cały komplet o połowę. Oprócz tego ponownie podlutowalim złą-czkę (evil hiccup niemalże) do bakterii. I gra, bardzo mi przykro, a właściwie nie...



Tuesday, 16 August 2016

z frontu walki

o lepsze jutro, w którym przewodzi nam organizacja, która jest jak matka, a nad bezpieczeństwem czuwa Bezpieczeństwo...


Skrótem pojedziem, bo czas goni. Dokonalim przeglądu technicznego i usunięcia drobnych usterek w Telekastrze i Stealth'u (a'la Czak Szuldiner, czarne takie, strojone jak pierwowzór, tj. do D-standard, właściwie pierwszy Bisirycz na zakładzie, wrażenie bardzo pozytywne). Oprócz tego zabieramy się po długim zamuleniu za Jolanę i znanego kremowego Strato (wymiana uzębienia w ilości 21, czyli oczko). A w ramach usług dla familii specjalizujem się ostatnio w łażeniu po drabinach i czyszczeniu rynien i dachów z uporczywego igliwia, a za czas jakiś zapewne zajmiem się ożywieniem rowera niemieckiego marki Czarnolas, datowanego na jakieś 60 lat. Dokonano mianowicie wjazdu do garażu samochodem z owym sędziwym pojazdem na bagażniku (brawo...), a poprawek wymaga jedynie wideletz i niezależnie o tych akrobacji roz/s-kręcenie suportu i ogólne odrdzewienie i odświeżenie. Może coś z tego wyjńdzie, znaczy wintydż jaki.


wuj

Monday, 8 August 2016

powitanie w skromnych progach

tj. po wycieczce


Udało się wrócić bez większych stłuczek. W ramach akcji "dzień po dniu" postaramy się nakreślić trasę. Foto wywołane z lasu, ale skany wymagają poprawunku.

1. (28.06.16) Wiedeń do ok. 20 km przed Hainfeld. Wyjazd z miasta z tzw. przygodami, tj. kluczeniem i raczej na NW zamiast SW.

2. Stamtąd do Aich nad Enns. W tym bodaj najstromszy podjazd wszechczasów, chyba pod 20% podchodzący, zaliczony przypadkiem i składający się z trzech bodaj "ścianek" na ścieżce rowerowej (szczerze: liczylim na to, że ominie nieco pagór, przez który lazła szosa). Na zębatkach najbardziej wybaczających, tj. przód 34, tył 28 należało stanowczo wstać i zapodawać raźno zarówno z nosków w górę jak i z baranka, tj. z bicepsów, oddychając trochu jak przy biegu. W Liezen półtoragodzinna przerwa na przeczekanie opadu, nocleg nieco ryzykowny, wśród opadu "z drzew" i gmle.

3. Z Aich za Hochtor, jak zwykle pierwszy podjazd tego rodzaju po 100 km rozruchu przebiegł nieco tak sobie. Poliszkemp przy tamie/elektrowni.

4. Przez Iselsberg i Lienz na Stallersattel. W tym półtorej godziny dyszczu przeczekane w wylocie tunelu i zawód, że przełęcz zrobiona nie w tę stronę, choć zrobić w drugą... Ot, zagwozdka. Może kiedyś, za młodości. Jak to ludzie ujmują, kosa, ew. korba. Oczywiście zlewa wieczorem i nocą, a patent na daszek wybitnie mało wygodny.

5. Dzień lenia, suszenie, dosypianie niewygód.

6. Badia, Passo Campolungo zamiast Valparola, bo się zgapiłem, później Passo di Valles zgodnie z planem. Głównie mgła i szarość i obawy, że dupnie, ale obeszło się bez. Komfortowy poliszkemp z dostawą poziomek — świstaki przyniesły. Jeden nawet prosił, żeby jego żonę sfotografować, ale nepotyzmowi i kolesiostwu mówimy "nie".

7. Okolice Trento, miało być szybko i jak z Zenona Płatka, a wyszło koszmarnie, z racji zakazu dla rowerów. Coś ze 120 km, a przesunięcie może z 50 z racji tego kręcenia się niczym gówno w przerębli (choć temperatura zgoła kontynentalno-półpustynna) i tułaczki góra-dół po okolicach, cokolwiek nieprestiżowych. Przed Tione di Trento zlewa stulecia i burza — półtorej godziny stania pod płachtą na parkingu i trzymania rzeczy suchych przy sobie. Kąpiel w mętnej rzece i bardzo zacne kimanie w opuszczonej chacie; miedziaki oczywiście zostawione.

8. Dzień taki-se, czyli przejazd obok Brenty i przez Madonna di Campiglio, spadek do miasteczka na D. i później Passo del Tonale — piękne widoki i idiotycznie wyglądający wieżowiec. Po spadnięciu z siodła komfortowy kibel na łączce, tuż nad Ponte di Legno.

9. Dzień konia — równo 2h od nocziowki na Passo di Gavia (coś ze 1300 m), spadunek do Bormio, stamtąd bodajże 1h20m na Passo di Foscagno, na Passo d'Eira nie liczyłem, Forcola di Livigno i Bernina nie pamiętam, ale marnie, tj. trochę na dobicu — było odcięcie i konieczność załyczyć płatki z wodą wynikła. Na zdjeździe z Berniny uciągnęliśmy 89.8 km/h, bo czemu nie. Kibel w miejscu tajnym obok Pontresiny.

10. Dzień lenia i żarłoka. Letko popaduje.

11. Dzień konia — przejazd do Malojapass (podjazd symboliczny), spadunek do Chiavenny i 2h35m na Passo dello Spluga, a ze Spluegen spacerkiem do Hinterrhein i łagodnie w górę na Passo San Bernardino (z Hinterrhein 42m). Poliszkemp trzygwiazdkowy na zjeździe — pogoda dobra i łoże z wyściółką z suchego igliwia w ilości aż nadmiarowej. 135km

12. Dzień konia i tyracza, czyli zadaniowe podejście do kolarstwa — Gotthard od południa (odcinek do Airolo niezmiennie nudno-zadaniowy, a później kostka brukowa jeszcze jest, a tunelamy się chwalo...) i Furka na dokładkę, ciężko. Bellinzona-Airolo 3h30m, Airolo-Gotthard i Realp-Furka po 1h30m. Kibel koło Fiesch. 185 km

13. Kolejny dzień zadaniowego podejścia do kolarstwa: od Fiesch za Megeve. Z czego ostatnia godzina do Martigny pod tradycyjny wiatr (25-30 km/h) (z Brig łącznie 5h), Martigny-Col de la Forclaz 1h37m, zjazd z Chamonix na nielegale, za to szybko. Do Praz 186 km, początek dyszczu.

14. Rest, bo dyszcz, choć z łaskawym oknem na zakupy. W sumie 20h opadu, jeśli dobrze liczę.

15. Szaro i dyszcz, ale należy się wyrwać. Przez Albertville do dol. Maurienne, z komfortowym wichrem w plery, jak to zwykle w dolinach bywa. Dojechane przed Lanslebourg, do rozwalającej się cokolwiek chatki. W zasadzie możnaby usiłować pchać się na Col du Mt Cenis, ale z powodu opadu widocznego tamoj, dokonalim odpowiednika wyłozowania, tj. odpuszczenia sprawy z dorobieniem kunsztownego uzasadnienia.
16. Długi dzień, stamtąd przy 10° C w porywach na Col du Mt Cenis, gdzie na górze wiatr urywał łeb, spadunek do Susa i brzemienny w skutki wdrap na Colle del Finestre — od połowy drogi szuter, walka na śmierć i życie wraz z dopingującym pokrzykiwaniem (także opiniotwórczym, zwłaszcza w zakresie opinii o włoskich drogach) i jeden kamol, który 5 minut przed wjazdem (bez zatrzymanek, więc byłby to OS) wziął i przerżnął oponę. Pech, frustracja i decybele z gardła. Z przełęczy spadunek dalszy aż do Pinerolo, z perspektywą zlewy. Istotnie, nadejszła, toteż przeczekiwalim drgając w obleśnym wietrze pod wiaduktem i pojechalim nocą na południe (nawierzchnia momentami artystyczna, na szosie polecam albo 10 cm na lewo od brzegu prawego albo vv. Kima - jakieś 5h - w Piasco przy świątyni kat., zostawilim miedziaki, bodaj jedyne dotychczas sypnięte tej organizacji, ale za sprawy — rzecz jasna — materialne. 186km.

17. Z Piasco doliną Varaita w górę na Col Agnel w scenerii jedynej w swoim rodzaju, jako że już poprzedniego dnia sypanina żabami od ok. dwutysięcznego metra miała postać śniegu. Na zboczach za Chianale zalegało z 10 cm i było okrutnie biało, a szosa odśnieżona, więc elementu zaskoczenia drogowców nie było, za to świstaki dopisały. Zakiblowane wcześnie, tuż za Arvieux po bodaj 80 km.

18. W dół do Guillestre, Col de Vars w warunkach cokolwiek bardziej humanitarnych niż rok temu, równe 2h z przerwą na zoopatrzenie. Później Barcelonnette i dalszy spadunek nad Lac de Serre-Poncon; w okolice Chorres 137 km.

19, 20. Rest, pływanie, przegląd pojazdu.

21. Dzień konia — ruszone o 7:30 z Chorres  do Gap, 45 min. na Col Bayard, później 35 min. z Pierre do Col d'Ornon i 2h50m z Bourg d'Oisans na Col du Lautaret i 50 min. stamtąd na Galibier, 18 min. z Valloire na Telegraphe. Z racji zagadania z Angolami tam i Teutonami na Telegraphe nie udało się zdążyć do sklepu w St Michel i Modane (do drugiego gonione było do granicy bólu, palenia ud i smęcenia wraz z kwiczeniem; oczywiście zamknięte, dodatkowo udało się najechać na jakiś wykwit francuskiej sztuki asfaltowania i przebić ogumienie... O 23:02 w chatce przed Lanslebourg. 244 km. Podjazdów wyraźnych liczyłbym 500 na Bayard, 400 na Ornon, 1300 na Lautaret, 600 na Galibier, i trochę wahnięć za Modane w okolicy fortów i dwa zakręty po Termignon. Ogółem ponad 2800.

22. Col de l'Iseran, z Bonneval 1h35m, po spadku do Seez ok. 16. jeszcze z półtorej godziny przeczekiwania wyjątkowo wrednego żaru. Do Petit St Bernard długo, bo z kolejną awarią dętki. Zgon, choć im później, tym szybciej, bo pogoda coraz gorsza, więc ciśniemy jak najdalej. Na zjeździe jedyne w swoim rodzaju osiągnięcie z gatunku commedia di pavemente — asfalt wytrworzył struktury żywo przypominające lodowcowe szczeliny. Cokolwiek strasznie, na szczęście niczego poza zlikwidowaniem koła się nie ryzykuje. Nocna jazda przezabawna, zwłaszcza w przypadku tzw. xujów, którzy nie wyłączają świateł drogowych. Ok. północy Aosta, po 164 km.

23. Rest, zakup dętek, jedzenia, próby osadnictwa, dociekania, czy kąpiel bierze się w rzece, czy w ścieku; bukiet był taki-se.

24. Na Gd St Bernard 6h22m, w tym 3h deszczu przeczekane. Z uwagi na fatalną pogodę widzianą z Martigny, dajemy spokój z płn. stroną Alp Berneńskich; zresztą tam zawsze leje, jak mawiają starożytni górale. Z Martigny do Raron 3h, bo wicher w plecy. 144 km.

25. Z początku warunki złe, ale od Gletsch się przeciera. Gletsch-Furka i Andermatt-Oberalp po 50 min. Z (drugiego) podjazdu widać było, że na odcinku Wassen-Andermatt jest zaciągnięte gmłą, więc rezygnacja z zestawu Grimsel-Susten była jedynie słuszna (pomijając, że Grimsel, jako podjazd, ciekawa jest od północy). Zakręcone 164 km do Ilanz, z małą przewrotką - bo na brykającego cielaka się zagapilim.

26. Rest — rehabilitacja skutków przewrotki. Masaż udźca znaczy.

27. Dzień nie tak trudny, jak mogłoby wmawiać udo i pogoda, ale szuramy do Tiefencastel, stamtąd Bergun-Albulapass 1h10m (brawo Jasiu!), do Zernez jakoś długawo i trochu pokapuje, a Zernez-Ofenpass 1h30m na oparach, także mentalnych, z racji wiadomego zjazdu w środku zabawy... Dobijamy do Prato dello Stelvio, 181 km.

28. Z Prato na przełęcz 2h45m i z powrotem. Korbiasto, w górę, bo stromo, w dół, bo śmierć w oczach. Później lenistwo.

29 i 30. 7:30 start do St Leonhard, stamtąd 1h51m na Jaufenpass i ucieczka przed deszczem do Sterzing. Nawierzchnia fatalna. Godzina ostrzegawczego dyszczu na podjeździe na Brenner, przeczekiwana wraz z drzemką. Spadek do Innsbrucku bardzo wycyrklowany - po zameldunku pod dach stacji benzynowej nastąpiło półtorej godziny napier*alania wodą, gradem i prądem z niebios, a później godzina łagodniejszego posikiwania. Jedziem nocą przez Woergl, chyba nielegalnie do St. Johann in Tirol z bodaj 2h kimania na betonie pod wiaduktem tuż po tunelu (ponad km) i na przystanku gdzieś dalej. Po Steinplatte (Pass Strub) kąpiel, w Lofer śniadanie i znaną trasą wywalamy się na płn.-zachód od Salzburga i do miasta, gdzie urodził się pewien człowiek, ale pomników nie widać. 16:30; tradycyjny deszcz i chwila wieczorem na zamontowanie się na przystanku lokalnego PKS-u. 405 km

31. Z niemieckiej strony Braunau z przygodami/objazdami na północ, przekraczamy Dunaj i dobijamy do Volar w Czechach, 160 km. Dalej czeskim cugiem, w tym kimanie w Pradze przy dawnym miejscu pracy...

Podsumowując, wg licznika jakieś 3800 km z ogonkiem. Foto wkrótce.

Monday, 27 June 2016

przerwa w dostawach, II

Zgodnie z wielowiekową tradycją sypania solą w oczy, których kruk-pracuję- -dobrze-iii..-cośtam-cośtam" nie wykole, a takoż przykładania chlebem w czoło, zapowiadamy renament. Udajemy się, jak to wschodni bracia ujmują, куда по дальше i wracamy w sierpniu. Upraszamy życzyć pomyślnych wiatrów, zwłaszcza po fasoli, ratatuji ze słoika, czipsach i mocarelli, choć kursy walut sugerują, że wrócimy w stanie "wiór" - kto zjada ostatki, jest piękny i nieskończenie wiele razy różniczkowalny. Upolować przełęczów obiecujemy dużo, w tym kilka nowych miejsc, tj. takich, których jeszcze nasze ogumienie nie tykało.


w.

Sunday, 19 June 2016

z powrotem

Strato, morda!

Wrócił Squire w kolorach godnych samego Maestro, kremówka niczym nie wyjęta rzec by się chciało za panem Karolem. Serwis zakrawał na i istotnie okazał się był być ostatnim szlifem. I nieostatnim odczyszczeniem, bo cosik zapyziałe nieco wszystko było, aż głowa boli. Cze-Ka go, tuszę, drugie życie z 2.5mm gold evo i blokowanymi kluczami, będzie nie do zarąbania. Tak więc, tak długo, czyli so long.

Dodatkowo wiewiórki doniosły, że nieodżałowany red. Maj z serialu "Życie na gorąco" robił w Departamencie I, pod przykrywko tropienia sławetnej organizacji "W" i dr. Gebharda. Zrywać plakaty, czy boki? Oto jest pytanie.

— Mój świat! Mój świat!!!... Mój świaaaat!!!!!!!!.......
— Oszalał...

Była taka niezapomniana scena w wykonaniu Wlk. Elektryka*...


dr włod,


* Kto nie widział, niech żałuje. Było to za prezydentury Wałka, któraś z prezenterek tiwi (kołacze mi się, że p. Loska, ale nie dam sobie żadnej końcówki uciąć) zapowiadała "Podróże Pana Kleksa". I wiadomo, gadka-szmatka, kto cacy, no i kto be — że wzmiankowany prof. Ambroży K. będzie mianowicie walczył z Wielkim Elektrykiem. A w oryginale przecie Elektronik był. Całe skojarzenie, rzecz jasna, ze względu na osobę Henryka Bisty, który tamoj i takoż jako mafioso w jednym z odcinków przygód red. Maja chałturzył; ale chyba najgłębiej mnie się wryły w pamięć role dyra w "Ostatnim dzwonku" ("....że tutaj jest szkoła... szko-ła" — z gestem uspokajającym i podkreślającym...) i eksperta-filatelisty w "Dekalogu X" ("...nerka...").

Wednesday, 15 June 2016

tele...

...castor, a raczej podróba.

Nie żadna tam wintydżowa machina do szklanki jak Yaro i Viciu; sygnowany przez jakiegoś bosego kmiecia wystającego ze sknoconych slipów, 2 x EMG, progi Jumbo w liczbie 22. Podstrunnica z jebanu, ostrza nieco wystawają... Zrobiona rzecz w Mechiku. Do zrobienia jest delikatny szlif i wypoziomowanie siodełka, bo siedzi po stronie basów niżej niż po stronie wiolinów. Co w zasadzie jest logiczne, basy wszak są niżej, huehue.


dr włod.



Thursday, 12 May 2016

przetasowania w stadninie

RIP Gary Fisher Marlin, 2002.

Raz-dwa, raz-dwa... Kilka słów nad odchodzącym nie ze starości realnej, ale "moralnej", tj. z racji zmian standardów -- dźgnięty w plecy nieubłaganą ręką rynku. Rama owa w kolorze żółtym (niestety nie yellow-bahama), jest literalnie upstrzona naklejkami z rozmaitych przejechanych przełęczy. Służyła niżej podpisanemu wierzchowo w sezonach 2002, 3, 5, 6, 7, 14 i 15 w Alpach oraz kilkakrotnie w sytuacjach awaryjnych na ulicach miasta stołecznego. W sezonie 2004 zaliczyła tzw. orła przez ogrodzenie na niedohamowanym, źle poskładanym i nie w tę mańkę wyprofilowanym zakręcie. "Wykaz", czy też żniwo, jest iście imponujący, choć jeśli przypomnieć sobie styl zdobywania niektórych, należy go (z należnym pionierskim czasom szacunkiem) określić mianem oblężniczego... Być może po odkopaniu uda się wrzucić teksty z przeszłych podróży i trochę zdjęć. Lata dziecinne i naiwne, proszę Czytelników...



Do rowerka wyjazdowego (rama Schauff '88) z Gary'ego siodełko, piasty i bagażnik i być może klotzki hamulcowi; więc część i ciała i ducha starej maszyny będzie jeździć także w tym roku. Na nalepki z przełęczy raczej nie będzie kasy, zresztą wątpię, czy cokolwiek nowego znajdę. Może kilka sztuk. Mogę być przecież anonimem udającym, że ja tu tylko sprzątam i w ogóle pierwszy raz, nie że jakiś stary wyjadacz asfaltu...

Rowerek na miasto zaś to hybryda i kundel. Rama, widelec i kierownik nabyte od Pana Sylwestra ostatnio, a przednia piasta, stożki, kulki i zaciski są wprost z ZZR, czyli z pierwszej połowy lat 70tych; kaseta i łańcuch właśnie z owego GF po zeszłym sezonie, a piasta tylna Exage odzyskana z kurierki darowanej w stanie agonii przez Familię... Koła z Schauffa, ale nie oryginalne.

A czy i co z kurierki wyjńdzie, ni wim. Złom zimowy, ale gdzie miałbym toto pomieścić, też zakrawa na wielką tajemnicę braku wiary.


Ozdrowienia zasyłam dla umęczonego zawirowaniami dziejowymi Kraju i wracam do zasłuchiwania "Diabolus In Musica" (wersja nieco starsza niż Slayer).


wasz drogi wuj.

Friday, 8 April 2016

pozytywna deformacja

kraju*

A właściwie gryfu -- po skorygowaniu niefortunnego zakrętu basówka została na chama, a raczej na kilkanaście godzin przykleszczona do blatu biurka (które przeistacza się w stół, ale że nogi preferujemy na czarno i planujemy sprokurować szufladę, prace uległy opóźnieniu i spadły z planu), po czem główka dodatkowo trafiła między dwa klejące się elementy z płyty wiórowej (paździerz! To straszne, jak fatalnie to wpłynie  na pomrukiwanie owego szlachetnego instrumentu z drewna!) i za pomocą wielokrotnych spacerów w tę i z powrotem (wokół blatu znaczy), obniżeń, podwyższeń, spojrzeń spode łba na karku nie od parady, i wreszcie zamocowania ściskami, zawinęlim foliowy rękawek wokół badyla, podłączylym suszariat i chodu. Kilka serii dmuchu dało wcale solidną temperaturę, nieco ponad 60 st. Cęckjusza, taki spec od osobników ciepłych. I wyprostowało się jak złoto. Należało jeszcze wydłubać pierwsze dwa pierogi i doszlifować koniec podstrunnicy, który i tak należało podkleić. Udało się takoż wykonać szlif i złagodzić wiadome zadry zarówno na progach jak i na profilach gryf-korpus, bo się porozsychało się dość widocznie, zdrowe bezuciskowe zdrowe.

Oprócz tego zakańczamy zaniebieszczanie HSS dla magnetycznej brzozy w majonezie i gotujemy hel na marsz milionów, czy ile tam będą musieli przy-bezahl-ować za obecność i pomachanie parówką ku czci kamikadze, który chciał awansu -- i to się nazywają przyzwoici ludzie! Tfu! Czym się różnią pisowcy z miesięcznicy od tych, którzy zostali w domach? W zasadzie niczym, ale tych drugich musimy kochać. Choć dzieciomgielność pierwszych też nakazuje nie odmachiwać się, nie wychodzić z nerw, ino prowadzić działalność u podstaw. Zmuszanie do myślenia jest przecież, oprócz braku uwagi, najrozsądniejszą zemstą.

Ponadto planujemy wakacjul na alpo asfaltul, byle dni moździerzy ominąć...

 
wuj

(*) Jeden z odcinków z.c.d.c.p., przezacny zresztą. Aluzji do obecnej sytuacji nie należy się doszukiwać, chyba że w znaczeniu gorzko-prześmiewczym, jako że do RDZy nie należę.




Wednesday, 6 April 2016

kulawy

słoń,

czyli makabra z gatunku "zląkł się końkiego szkieletu, jakby był koniem..." (Tytus, ks. XV)

Słonik szuka domu, być może znajdzie w ramach akcji "podrzuć zabawkę".

pacjent

na stole

Przyszedł do remontu bas, właściwie mocno chory, choć zacnie zrobiony (ino wcześniak, że tak powiem, tj. niedosusz). Stylizowany na Warwicka bodajże,  NTB, z gryfem z bodajże siedmiu przekładańców, z bardzo zacnym profilem na brzusia na nieco chudym korpusie, lecący na główkę. Korpus nieco odchodzi od gryfu w miejscu chwytania przy grze w wysokich rejestrach, progów 26, ponabijanie nierównolegle, z błędami rzędu milimetra; rzecz jest dostrzegalna gołym okiem, jeśli dobrze ucho przyłożyć. Gryf ze smętnym śmigłem i zakrętem, na klejeniach popękał lakier, progi wyszły i kaleczą, basowa E wisi prawie nad tym zakrętem (bo jest w lewo, kiedy patrzeć od góry i od mostu do główki), więc most też jest do ruszenia. Oprócz tego G rzęzi w siodełku, więc wypada coś tam wypełnić i doszlifować. Kość... — zapachy z trupiarni). Słowem: "panowie, przecież to masakra jakaś jest."

Jedno wyjście to działania doraźne, drugie raczej zbyt kosztowne — zheblować podstrunnicę, zdjąć lakier, wszystko wyszorować, zrobić podstrunnicę i progi od zera, dokleić i może zawoskować.

Ale póki co wybralim pierwsze, a więc z pomocą 666 machnięć prawicą zaopatrzoną w pilnik udało się zlikwidować zakręt, a z okazji przerwy w odbudowie stolika kuchennego blat posłużył za deskę tortur — basik został przykleszczony i aktualnie ma wstępnie deformowany gryf, w dziury po śrubach mostu zostały wprowadzone z perswazją młotkiem kołki z klejem. Kołki pochodzą z podstrunnicy starej Jolany, a więc będzie to symboliczny tysiącletni sojusz miast i WSI.

Wracamy do Chłelebeka. "Uległość", bardzo zacne. Choć kudy mu do dzienników wojennych tow. Gomułki, których nie czytałem.


wuj wszystkich wujów

Monday, 4 April 2016

widzisz,

Jasiu?... to właśnie jest szczęście*.


W rozliczeniu za niezliczone końsultancje basowe oraz trzy tomiszcza hasło-wiedzy dla krzyżówkożerców warsztat przyjął w skromne progi dwa koła z kultowej kolarki Jaguar. Obręcze do szytek o przekroju "nerka/fasolka", szprychy psu z gardła wyjęte, tj. przyrdzewiałe jaksięmaszWiktor, a Piastowie, łożyska i zębatki w stanie idealnym. Pięć biegów na choince, choć dość grube te tryby są, aż głowa boli... No. A do tego właśnie szczęście pod postacią właściwie mianowicie teoretycznie dynksu produkcji radzieckiej: taki wiatraczek trącany wie-heisst-er'em montowanym do szprychy, a w okienku obudowy wiatraczka przekręcają się cyferki... Setki metrów na czerwonym bębenku, zupełnie jak na gazomierzu. Tak więc za chwilę bierzemy wiertarkę i "a w garażu mechanicy cofają liczniki"... Słowem: vintage co się zowie, a zarazem jakże słuszny odpór dla wszelkiej digitalizacji dyktowanej nam przez drugi obszar.

Szanse i motywacja do wskrzeszenia kolarki-kurierki kuzyno-szwagra Grzesia wzrastają. Ludu pracujący miast i WSI, do roboty!





(*) Nawiązania do "Ucz się Jasiu" u Barei są chyba dwa. Jedno w scence zrzucania śniegu w "Brunecie" ("Widzisz te wajchie?" "Ta" "No to ciung, ta.."), a drugie właśnie w "Zmiennikach", gdzie boy hotelowy, praktykant, jest na nauce u starego wyjadacza, konwersującego z pro...fesjonalistką. Kuban Marcjanna, vulgo Peluszka. Procziem pan, tu nie mieszka ziadna pieluszka...  Udało mi się pozbawić go lewego obuwia... Przekleństwo pamięci! Choć trza zajrzeć do odcinka, kiedy Kobuszewski poszedł robić włam i handlował antyki za żarcie z dzieciakiem piętro wyżej (czy niżej? -- pamięć już nie ta).

Friday, 1 April 2016

hohner

bez głowy,

Czyli B2, z 1989, z układem Steinbergera. Bezgłówkowy, z twarzy podobny zupełnie do nikogo, ale co tam. Interwencja też nieco za późno, bo oto pierwszy raz żłoby w progach (Jumbo na szczęście) były tak głębokie, że wierzchy ściągalymy tymy rencamy trzymiącemy pilnik do wyrównywania boków progów i nawet końcowego profilowania gryfów, więc dość grubo drący; dopiero później papierkiem na strejtedżu, który być może po naszemu winno się nazywać prostakiem. Progi nieco się obniżyły, ale że jest zerowy, to wielkiego problemu nie ma. Struny z odzysku, przeszły kurację w płynie do naczyń, kwasku cytrynowym, wodzie i spirytusie i wszystko bangla póki co. Przystawki też, choć musi dorabiane, bo frezy poszerzone i układ jak dżazbasie jest, a miejsca raczej pod hambakiery były.


No i o.

Friday, 18 March 2016

remont

koncert bass po polsku

Czyli siekierkowaty Mensfeld się przytrafił. Zadania, jakie wykonaliśmy:

  1. Szlif, bo progi jakiś palant nierówno wyrównał i sugestywnie nabłyszczył;
  2. Odszorowanie resztek lakieru z gryfu (wokół kieszeni, która jednak jest zalakierowana) i z obudowy gniazda -- palant nie wpadł na pomysł zdjęcia tych detali przed malowaniem albo źle odczyścił;
  3. Dopasowanie straplocka do kompletu -- lewy założył palant chyba z Defila;
  4. Wymiana mostu, bo po palancie został potwór z pokorodowanymi śrubkami do regulacji akcji, niektóre kręcone kąpinerkami, gwinty pozjeżdżane, jedna wklejona;
  5. Dorobienie dziurek w nakrętce reg. gryf -- palant dostarczył jakąś rachityczną samoróbkę;
  6. Podrasowanie spękanego lakieru, w typowym miejscu -- tył gryfu, tuż przed główką;
  7. "Redukcja" dla kluczy -- palant zamienił klucze na nieco chudsze niż oryginalne i opierały się one o główkę tylko spodem i górną podkładką, bokiem śruby już nixuja. Za takie coś powinien być pluton, bynajmniej nie rozszczepialny, szczególnie, że klucz do G zaczął ryć w główce, tak mocno usiłował odeprzeć przeciąganie struny przez wrogie nam siły godzące w podstawy ustrojowe. Wzięlim więc skrawki  b r z o z y  i zapodalim w te otwory, zrobiło się komfortowo ciasno i klucze trzymią się jak należy;
  8. Letkie podfrezowanie otworków na przystawki, coby luźniej chodziły przy podnoszeniu/obniżaniu;
  9. Kosmetyka przystawek -- w P ów palant usiłował nawiercić w osłonach dziury pod bieguny, ale nawiercił i krzywo i za duże, z obudowy do J ściąglimy wierzchni plazdik, i bieguny widoczne i milimetrzyk na dystansie do strun utargowany;
  10. Regulacja; tu palantowi niczego zarzucić nie mogę, jedynie sobie, że skręcając mostek "w powietrzu" nie wyczułem, kiedy przestać kręcić. A piszę prawdę, jak to notoryczny kłamca;
  11. Elektryka: vol + balans + barwa + przeł. fazy. Pierwotnie działalność palanta opiewała na miszmasz, wrzucił potencjometry, przełącznik, lutownicę i cynę do wirówki i coś wylosował. Ale czego oczekiwać od palanta?
  12. Ok, świeżych strun -- były. Ale, palantowa palanta mać, dla mnie za grube...
Za wszystko ponoć dano 350 i robiono wielkie oczy na większość wad, które w czasie rozkręcania wyzrzędzałem podnośnie. Mam wrażenie, że palant zrobił biznes życia -- kij (do palanta) mu w oko. 

Oprócz tego ruszyła się sprawa Czechobackera, gryf już z perło-markirowką i odmalowany. Czas na progi i binding.

Sponsorem powyższego jest liga polskiego baseballa, zwanego też palantem.


wuj włod.

Tuesday, 2 February 2016

temat

Tym razem doc. Furman stara się wyrwać panią Ewę na historyjki z polowań. W przeciwieństwe do nerwowego docenta, gramy naprawdę wolno i leniwie, a Ewy będą nasze (psa i fuzję także zostawmy). Za ew. byki  i niedociągnięcia efekciarskie przepraszam, nawet nie mam pojęcia, na czym jest grany oryginał. Współrzędne: "Alternatywy 4", odc. 5, ok. 5:10.


|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|----------17-------------------------------------------|
|----17-19----20-------19-18-17----------17-18-17-------|
|-20-------------17-20----------17-18-20----------18-17-|
|-------------------------------------------------------|

|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|
|--------------------------17-----------------------|
|-17-20-20-20-----------------17~-------------------|
|-------------17-20-20-20---------------------------|
|---------------------------------------------------|

|--------------------------------------------------------------|
|--------------------------------------------------------------|
|----------17--------------------------------------------------|
|----17-19----20-------19-18-17~----------17-18-17-------------|
|-20-------------17-20-----------17-18-20----------17h18p17-17-|
|--------------------------------------------------------------|

|---------------------------------------------------------------|
|----------------15-18---15-18-15-------------------------------|
|----15-15-15-15------------------15-------15-<17>b18r15-17-15~-|
|-17---------------------------------15-17----------------------|
|---------------------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------------------|


<17>b18 = trzymamy 17, podciągamy do 18 i dopiero uderzamy.

|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|-16-17-16-19-17-16-17-19-19----------------------------|
|----------------------------------19-17----------------|
|----------------------------17-17-------17-------------|
|-------------------------------------------------------|


|-------------------------------------------------------|
|-15-16-15-17-16-15-16-17-16~--15-16----15--------------|
|------------------------------------17-----------------|
|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|

|--------------------------------------------------------------------|
|--------------------------------------------------------------------|
|----------17---------------------------15---------------------------|
|----17-19----20-------19-18-17~--15-17----18------15----------------|
|-20-------------17-20--------------------------15----18-17-17h18p17-|
|--------------------------------------------------------------------|

|--------------------------------------------------------------------------|
|----------------15-18---15-18-15--------------------------------------15~-|
|----15-15...---------------------15-------15-<17>b18r15-17-15~--17-18-----|
|-17---------------------------------15-17---------------------------------|
|--------------------------------------------------------------------------|
|--------------------------------------------------------------------------|

|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|-16-17-16-19-17-16-17-19-19----------------------------|
|----------------------------------19-17----------------|
|----------------------------17-17-------17-------------|
|-------------------------------------------------------|

|-------------------------------------------------------|
|-15-16-15-17-16-15-16-17-16~--14b15-15b16-------14b15--|
|------------------------------------------16b17--------|
|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|

|---------------------------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------------------------|
|----------17------------------------------15-------------------------|
|----17-19----20-------19-18-17~--13/15-17----18----15----------------|
|-20-------------17-20---------------------------15----18-17-17h18p17-|
|---------------------------------------------------------------------|


|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|-12-15-15-15~------------------15-17b18-15-17-15~~-----|
|--------------12/13/14/15~--17-------------------------|
|-------------------------------------------------------|
|-------------------------------------------------------|


włod

Wednesday, 27 January 2016

tango od Balcerka

Jako że trwa maraton filmowy w warsztacie, spisalimśmy ładny temacik z harmonii, w wykonaniu wiadomego człowieka z miasta ("ul. Chemiczna 13").

Miłego odtwarzania,

|-17-17-12----------------12----17-17-13--------------------|
|----------13-12----12-13----------------15-13----13--15----|
|----------------14----------------------------16-----------|
|-----------------------------------------------------------|
|-----------------------------------------------------------|
|-----------------------------------------------------------|

|-19-19-16------------------------------------------|
|----------17-15-----------13-15-13--13-15-17-------|
|----------------17-16--16--------------------------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|

|-17-17-12----------------12----17-17-13--------------------|
|----------13-12----12-13----------------15-13----13--15----|
|----------------14----------------------------16-----------|
|-----------------------------------------------------------|
|-----------------------------------------------------------|
|-----------------------------------------------------------|

|-19-19-16------------------------------------------|
|----------17-15------------------------------------|
|----------------17-16--14-13-16-15-14--------------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|

|---------------------------15-17-16-17-------------|
|----------15-15---15-17-18-------------17----------|
|-14-16-17------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|

|----15---------------------------------------------|
|-17----18-17-15-18-17-----17-15--------------------|
|-----------------------16-------17-16-14-----------|
|------------------------------------------14-------|
|---------------------------------------------------|
|---------------------------------------------------|

Sunday, 24 January 2016

foto z wakacji

Jako że udało się z sukcesem popełnić generator skryptów zbiorowo skalujących rysunki i nie trza katować myszy i gimpa (ani uczyć się jego skryptownictwa), obietnica z końca lipca ulega realizacji.


Pierwszy dzień. Słońce.

Druga strona Timmelsjoch. Jeszcze słońce.

Trzeci dzień, za Reschenpass, widok na Ortlera. Słońce.

Trzeci dzień, tuż za Sta Maria, na ostatnim planie Offenpass. Słońce.

Trzeci dzień, nieco wyżej po drodze na Pass Umbrail - kosa nieziemska. Słońce.

Na lekko na Passo Stelvio; galopuje misio, a na Umbrail ktoś kosi sakwy. Słońce.

Skądinąd znana szosa do Bormio, tym razem w dół zjeżdżana. Niebo bez chmur.

Wjeżdżamy na Paso di Gavia. Kosa. Chmur mało.

Kolejny landszaft. Też słonecznie.

Misio, chowa się przed słońcem, bo mu kark wypaliło z sierści.

Misio, w cieniu.

Koza nostra, czyli kawaleria Szatana. Biała, bo ktoś niesie światło (Lucyper znaczy)

Wyżerka, bodajże w krzolach na nacziowce nad Lago di Poschiavo. Niebo czyste.

Paso del Bernina, po raz wujwiktóry. Słońce...

Za St Moritz, to chyba kant Badyla. Słońce.

Chmury na miarę możliwości regionu.

Spadunek z Ma(ch)lojapass. Słońce.

Paso San Bernardino.Bajoro. Odbija się coś. Chyba delikatne chmurki.

Misie, konkretnie pamiętaj matko, dziecko twój skarb. Za chwilę śniadanie.

Tego dnia uda nie próżnowały i w słońcu zapedaliły ze Spluegen (ok. 07:00) do Saxon, przedm. Martigny, ok. 02:40, po drodze wkaszając całkiem zacny podjazd na Nufenenpass od strony włoskiej. To właśnie widok stamtąd, bodaj ok. 20:00.

Nufenenpass, widok na wprost, ca. na północ.

Iglica Czarna, Peuterey, czyli koniec podjazdu na małą przeł. św. Benka, nb. po wielkiej tego samego dnia, jako że po dniu restu w Martigny zaczęła się koniunktura, zwana również formą. Słońce jak s-syn, rzecz jasna.

Po przehulaniu się przez Col de l'Iseran, oczekuje nas parę godzin w dół pod solidny wicher. Oczywiście dla poprawy nastrojów świeci słońce. Z przegrzania przegapimy odjazd na Col du Telegraphe i trza będzie dymać paręnaście km z powrotem, a podjazd będzie w muchach, że kurwitza człowieka może do imentu strzelić. I wyjątkowo zakonspirowany poliszkemp w Valloire.

Z Col du Galibier, gdzie podjazd odbywał się w słońcu i z hekatombami much, które wyjątkowo tego sezonu obrodziły (niczym na Offenpass rok temu). Nie pamiętam nazwy tej piramidy, ale w 2006 mi się spodobała.

Po dniu restu wleźliśmy (w słońcu i rojach much) na Col Agnel, dla przypomnienia wrażeń estetycznych z 2003 i 2005. Wszystko na swoim miejscu i muchy, więc coś dodano -- czyli postęp.

Z pieszej ("rest") wyprawy po prima nakup, jakieś 30 km w nogach i w łeb cały czas nak...a słońce.

Poliszkemp nad rzeko.

Z grubsza od 00:20 jeździmy: Jausiers - pętla wokół Cime de la Bonnette, 2h 36m, 1540m deniwelacji bez zatrzymywanek i tykania asfaltu zelówkami, bez much i słońca! Czasem z pomocą księżyca. No i dopiero pętla (naprawdę stroma) na najlżejszym przełożeniu, tj. 32:24 (przód:tył)

Wschód na Col del la Bonnette. Jeszcze nie grzeje, tylko zapowiada.

Spadunek z powrotem do Jausiers, w dygotach.

Misio.

Po drodze na Col d'Allos, pierwszy raz. A słońce nie pierwszy raz. Tabuny much i gzów różnego kalibru, susza jak nie powiem co.

Spadamy do dol. Verdon. Słońce jak malowane.

Niedługo zajedziemy do kanionu, pogoda słoneczna.

Bardzo dużo skały, w słońcu.

Tak obchodziliśmy 605 rocznicę bitwy pod Tannenbergiem w bardzo zmyślnym i intymnym poliszkempie nad Tinee, z grubsza pod Marie. (Po starcie sprzed Verdon i zalczeniem pętli wokół kanionu wparowalim do Nicei, przekimalim, przewalilim się przez Monaco prawie do Włoch, znów przekimalim, później z powrotem, po czym udalim się w kierunku północnym i wkosilim Col de la Lombarde, która umknęła naszej uwadze za każdym razem, kiedyśmy studiowali mapę, a było tych razów dużo -- zwłaszcza z braku książek w podróży; także w tym roku, jako że "Oszołomstwo i realizm" zostało zakoszone pod Stelvio wraz z resztą dobytku)

Daj tamę nudzie.

Nizza baj najt gut? Gut, jes...

No i tyle. Morał: nawet jeśli niewiadomi sprawcy zakoszą nam wszystko oprócz roweru, karty i aparatu i kilka nocy przeszczękamy zanim kupimy śpiwór, doceniajmy brak bólu kolan, rosnącą wraz z wiekiem (nie od trumny, huehue) formę, jazdę na lekko i zmniejszający się brzuch. Jak również doniosły fakt, że klimat zmienia nam się na stepowo-półpustynny, nawet w Alpach. A pamięta się przecież czasy, kiedy np. w 2003 po spadku z Col Agnel w Arvieux tak późnym popołudniem dupnęło tak, że... No... ale kiedy to było. Gdzie są niegdysiejsze śniegi? Ślady po jeździe w słońcu w bularce do dziś dźwigam na ramionach, a i głowa tak przytomna, że wszyscy sugerują, że "pogrzało".

To by bydło na tyle, a co i gdzie za pół roku, strach myśleć.


wuj wszystkich wujów.

Saturday, 16 January 2016

nietypowo

bandzior i menda z liną


Niedawno zawitał na metraż instrument z piekła rodem, prawdopodobnie Defilowego chowu, mianowicie banjo mandolinowe. Stąd, nieprawdaż, ten arcyśmieszny, oparty na wyrafinowanej grze słów, tytuł niniejszego wpisu postu. Z wad stwierdzonych: nierówno posklejana obudowa, kąt gryfu humorystyczny, więc akcja tym bardziej, krzywizna gryfu zgoła przeciwna
niż pożądana, progi poryte i ślady intensywnej działalności distalem, nawet na membranie. No a oprócz tego dużo kurzu i szeroko pojętego syfu z DNA, ale to niewielki problem -- umyjemy.

Idzie dobrze -- plastik koloru perła-bursztyn bezpiecznie odwalony, pudło wyrównane, całość z powrotem podklejona i prawie podsztukowana i można zabrać się za czyszczenie instalacji z membrano (skórzano, więc suche -- szczotko druciano na wiertarce). No i progi, totalna cienizna, a mianowicie 1.5mm w podstawie. Właśnie cięcie odchodzi, aż się cęgi rozgrzały, stąd przerwa.

A oprócz tego gotuje się ptaszorowaty gryfiszon do komunalnego majonezu kieleckiego, nie mylić z pogromem.


wuj wszystkich wujów.