Friday, 3 September 2021

Alpy '21 - foto

Alpy 2021, serwis fotograficzny.

 

Turracher Hoehe.

Kotek, chyba zmęczony życiem

Toblach

za Ilanz, z noclegowni

Misio

Misio

Kotek

Kotek chce żreć

Piękna pogoda pod Nivolet

Piesio, też pod tym samym sklepem, co rudy kotek

Wjazd na "wał", po prawej Ivrea

Wjazd na "wał", daleko widać Mte Viso, wg map ok. 115 km, vpechyatlyaet.

Po drodze do Domodossola

Piórko

Na Simplon

Alpy Berneńskie

Alpy Berneńskie

Koza nostra

Przed Muenster, widać Weisshorn. Wg map prawie 60 km.

WIDAĆ WEISSHORN. CZY KONIE MNIE SŁYSZĄ?!

Rodan w Ulrichen

Hodowlama

Szyszka, Spluegen

Słońce, Spluegen

Księżyc, Spluegen

Na Jaufenpass, w środku Serles

Kitzbueheler Horn


Sunday, 29 August 2021

Alpy 2021

Wakacje w siodle (nr 13)

I. 17.07, 5:21 rano cug z Mezimesti, przed 12:00 w Wiener Neustadt. Popadywało całą drogę, tu też kropi. Na koniec dyszczu sznycel oczekuje, do 13:00. Niby nie kropi, a mokro jak s-syn. Jedziem, tempem co wilgoci kołamy nie zadziera, tak z 15 km/h w porywach. Czasem w poprzek drogi przełazi drobny "shower". Zło w wydaniu czystym. Kończymy wyścigi z czasem w Gloggnitz, pod wiaduktem. Wieczorem leje tak hurtowo, że nawet prysznic daje się w opadzie wziąć, co też czynimy.

II. Odbijamy na północ chwilowo, w kierunku Hoellentalu i na zachód pod Raxalpe, tamoj przełęczka (Preiner Gscheid) i następna w prawo od Murzsteg. W końcu na północ (Gusswerk) i na zachód do  Wildalpen. Cosik dziwnie odczytane znaki, że to i owo zamknięte. Nazwa była tak egzotyczna, że myślelim, że to jakiś odjazd czy inszy obóz pionierów — a okazało się, że to nazwa tunelu, i że po nim właśnie cała droga na cztery spusty. Więc 20 (a więc 40, wrócić trza) km kręcenia niczym przysłowiowa para w gwizdek. Kilometr przed powrotem do Gusswerk zaczyna padać, więc rowerek w przystanek i chodu do kąpieli. Poczucie Humera niespecjalne, nocziowka w przystanku.

III. Na południe do Kapfenberg, tj. z powrotem do wielkiej doliny. Pogoda lepiej, ciągniemy aż do mieściny Niederwoelz.

IV. Ranek przeżarty, ale jedziemy. Z Predlitz na południe, podjazd z gatunku złośliwych: do Turrach podejrzanie łagodnie, a później cholernie w górę, tak jakoś nagle, panie, absolutny pion w pysk. Zjazd jeszcze ciekawszy — po ustrzeleniu (rekordowego dla wyjazdu) wyniku 93 km/h jeszcze tabliczka, że 23% w dół. (Co śmieszniejsze — tow. Freytag & Berndt mogą się poprawić — Turracher Hoehe figuruje w wykazie co ważniejszych przełęczy na mapce "Alpen" właśnie z 13% z północy na południe, a o 23% w kierunku wice Wersal — ni wuja. Paradne.) Końtynuujem do Greifenburga czy okolic. Wyleciało z pamięci.

V. Dzień-niespodzianka. W Oberdrauburg pod sklepem zostawiamy Ważny Element Wyposażenia (dowód, część gotówki, jedna z kart), a po Gailbergsattel usiłując zanurkować do sklepu stwierdzamy brak w.w. Nieco ciemno przed oczami, ale co robić — wracać. Wracamy i znalezisko spod sklepu (nieruszone) zabieramy, no bo nasze. Jeszcze raz do Koetschach/Mauthen, z poczuciem "więcej szczęścia niż rozumu". 

Pierwszy kontakt z szosą 111, którą oglądałem na mapie kilkadziesiąt razy i nie mogłem nadziwić się, że idzie toto niby wzdłuż rzeki (Gail), a "daszków" czy "sierżantów" od cholery i w różną stronę. Istotnie, 111 poprowadzono zboczem i od czasu do czasu zalicza się obłędny podjaździk i zjaździk; być może dla obsłużenia kolejnych mieścin, a może nie dało się tego zbudować inaczej. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju, ale powtarzać chyba nie będę. Kibel na ławce, w okolicach zabytkowego młynu wodnego.

VI. Zabawa w góra-dół kończy się wreszcie na przełęczy Kartitsch i już normalnie spadamy do szosy 100/SS49 łączącej Lienz z (prawie) Brixen. Podwindowujemy się (pod wiatr i z zapowiedzią opadu) do Toblach; niby z zamiarem odbicia do Cortiny, ale pogoda w dolinie z gatunku niezapraszających, więc trochę cieciujemy w miasteczku, czytamy, śpimy, podjadamy i po zakupach znajdujemy całkiem odludne miejsce na polisz-kemp.

VII. Rest.

VIII. Łatwo do Cortiny, później Falzarego (1h16m ciąg), Pordoi (z Arabba 55m ciąg) i podpucha w postaci Karrerpass/Costalunga (41m z Vigo di Fassa) do Welschnofen. Podpucha, bo ktoś zaznaczył tam 16%, a chyba w VdF — w poszukiwaniu wody — stromiznę objechalim, a później było wybitnie leniwie i długo. Noc w opuszczonej (?) drewutni/stolarni.

IX. Potworny z racji tuneli zjazd do Bolzano, przedtem stwierdzamy brak mapy. Nabywamy "Austrię", z braku całych Alp, jako najmniej znaną i najbliższą wjazdom i wyjazdom z gór, reszta standardów znana jest w miarę na pamięć. Później w miarę sprawnie do Merano i dalej w górę Vinschgau. Popaduje godzinkę, dokręcamy do Prato. W nocy pada, więc chodu pod dmuchawę...

X. Rano pada, ale o 11:00 daje się wyjechać, celem wyczyszczenia dawnych porachunków. Ofenpass w ciągu od ok. 1000 m, w nieco ponad 2h, nieco ledwo, bo to ciężki, ciągowy podjazd. Cały czas pochmurno, w Zernez zaczyna lać, więc od 14:00 do 16:00 przymusowe zwiedzanie terenu pod dachem sklepu, czytanie i żarcie. Od 16:00 słońce i szosa schnie, więc w te pędy do Susch, ale okazało się to tylko oknem. Odbijamy na boczną dróżkę i gdzieś w bok, rozbić matę, umyć organizm i w śpiwór.

XI, XII. Rest. Z wyraźnym niedożarciem i niedopiciem, wyłącznie zaleganie pod matą, czytanie i — w ramach okna w deszczu — wyłażenie po prowiant. Drogo jak diabli, ale bez oszczędności.

XIII. Zgon na Fluelapass. Takiego zmęczenia paroma minutami jazdy nie pamiętam od 2001, kiedy na marnym śniadanku i 400g czekolady usiłowałem przebić się przez Furkę. Parędziesiąt cykli nogami, zsiadam i nie mam siły utrzymać organizmu w pionie — więc łeb w kasku na kierownicę... Rzeźbiłem te 900 m przez 3h37m, co nie porywa, delikatnie rzecz ujmując. Wszystko zapewne wina podejścia do problemów żywieniowych w poprzednie dwa dni.
 
W Davos zakupy i w miarę od razu po — konsumpcja. Podjazd po tunelu do Wiesen też na raty. Dopiero pod Versam w miarę normalnie, ale też ze zmęczeniem i jakimś strachem. Ostatecznie do Ilanz w stanie używalnym.

XIV. Typowy dzień, robiony parę razy. Byle dobić do Visp i okolic. Ok. 150 km, odcinki Disentis-Oberalp i Realp-Furka po 1h22m, całkiem przyzwoicie. 

XV. Rest. Zakupy, czyszczenie napędu. Wieczorem próbne strzelanie.

XVI. Pogoda taka sobie — szaro. Do Martigny równo w 3.5h, pod wiatr, jakiego jeszcze w dol. Rodanu nie widziałem, huczy tak, że ogłuchnąć można. Z Forclaz i Bernarda złażą ołowiane chmury i smugi deszczu — trzeba zakiblować. Udaje się w jakimś pół-zdziczałym sadzie morelowym, pod daszkiem ganku nie w pół, ale w pełni zdegenerowanego domku działkowego. Zasnąć ciężko, bo 1.08 — Szwajcarzy strzelają jak pomyleni.

XVII. Wielka sprawa: w 3h20m wyczyszczamy wjazd z Martigny na przełęcz św. Bernarda. 45 km kręcenia, z Aosty dystansu nie pamiętamy. Tylko czas, że 2h45m w 2018. W Aoście niespecjalnie szybkie zakupy i obiad, a potem mordęga w dół doliny, góra-dół, pod wiatr, potworna spiekota. Nocleg w Donnas, niech będzie.

XVIII. Nawigujemy (nieznany teren, dawno poza mapą, ale coś tam z telefonu widać) opłotkami do doliny Orco, z Col de Nivolet na górze — cholerne miejsce, żeby jeszcze szosą z Pont tam dało się zjechać, byłoby jakoś "komunikacyjnie". Albo do Val d'Isere... (Ale na tej zasadzie mogę oczekiwać szosy z Zermattu do Breuil.) Nie — zawijasa trzeba odwalić. Po ponad 70 km objazdu znajdujem zamkniętą "Area pic-nic", z daszkiem i darmowym prądem w ściennej śwince.

XIX. Kropi lekko, ale im wyżej, tym bardziej. Przełęcz na zaliczenie — byłem, owce i mgłę widziałem, ledwo założyłem rękawiczki na górze, zmokłem, zmarzłem, skurcze w łapach od hamowania. W hamulcach czarne błocko. Idiotyzm. Reszta dnia: kąpiel, czyszczenie roweru, rozmowa z belgijskim Portugalczykiem Luisem, co też pojeździć chce.

XX. Jazda na orientację na północny wschód, podczas podjazdu na "wał" obok Ivrea widać Monte Viso, co jest niesamowite. Celujemy w Simplon. Po ok. 170 km nocleg nad jeziorkiem Orto.

XXI. Dojazd do Domoddosoli i Simplon Pass na raty, widać zmęczenie. Kapitalne widoki na bezchmurne Alpy Berneńskie, co zdarza się rzadko. W dół do Brig i do miejscówki w R./T. Czyli pętla, jakby nie było, bez restu po drodze. Organizm letko nadwerężony.

XXII, XXIII. Rest. Pierwszego dnia dwa kursy do Visp po żarcie, co ciekawe: po pierwszych zakupach odwraca się wiatr, wieje w dół, tak więc trzy z czterech 7-kilometrowych odcinków robimy z wiatrem. W miarę od razu po powrocie, ok. 14:00, zaczyna padać. Mycie napędu, deszcz pada jeszcze nad ranem.
 
Następnego dnia słońce, pranie śpiwora, mycie miejscówki, żarcie, czytanie. Dzień pełen pracy, a niby rest. Zostawiamy rozpuszczalnik (w tej roli podpałka do grilla z dyskontu D., tanio) na następny rok — może przetrwa.
 
XXIV. Pod górę z mozołem, żarcie w Munster i krótka przerwa w Ulrichen, potem Nufenen w ciągu, wolno, 1h45m. Kąpiel ok. 20 km nad Biasca; rozważania, czy zostać w piachu pod mostem. Zjeżdzamy trochu niżej, dla ciepłoty. Kibel w bardzo tajemnym miejscu, nawet "Privato" było napisane, ale wszystko tak okrutnie zarośnięte mchem, że pies z kulawo nogo się nie zakręcił.

XXV. Średnio udany dzień — powoli pod San Bernardino, z dłuższą przerwą w mieścinie pod przełęczą i stopień zmordowania taki, że kibel w Spluegen, w całkiem zacnym kempie, którego konspirację popsuły cztery młode konie niemieckie, w tym jeden kary. Może i legalnie, ale sztuka ucierpiała. Fajnie się z nimi gadało, odrabiali jakąś straszliwą trasę z Regensburga do Genui. Można i tak. Ostrzeżenie przed nie-górskim odcinkiem po Włoszech dostali.

XXVI. Względnie szybki (59 m) skok na Passo Spluga — drugi raz w życiu, po 2005, z tej strony. Bezwzględnie szybki zjazd — losie, co za stromizny i widoki na tej ścianie z tunelikami! — i po żarciu nabytym w Chiavennie kręcimy w dół i prosto na zachód, tj. Valtellina. Ruch koszmarny, cały czas 35+ km/h na liczniku, pobocza brak. Z zaplanowanego godzinnego odcinka robi się ponad półtorej, wreszcie w sklepowisku tuż przed Sondrio dłuższa chwila wytchnienia. Słońce praży niemiłosiernie. Miejsce leżące pod Tirano, w sadzie. 

XXVII. Rest. Rano niespodzianka — warczy pokojowo nastawiony traktor, ale wcale warkot nie zanika, tylko dalej-bliżej-dalej-bliżej. Chwila namysłu i chodu z sadu — bo oprysk jabłek dziad uskutecznia.
 
Do Tirano na zakupy i w poszukiwaniu serwisu, bo od Nivolet mniej więcej trapi naszą piastę głupia przypadłość — coś z zapadkami w bębenku. Od czasu do czasu przy małych prędkościach bębenek podąża za kołem, łańcuch zwiesza się u góry na ramę, u dołu napina sprężynę przerzutki, potem zapadka puszcza i z niejakim hałasem całość zaczyna normalnie "chodzić". Plus skrzeczące bottombrakety, ale tego nauczyliśmy się nie bać, choć odczucie fatalne. Serwis jest, ale pan wychodzi właśnie na siestę, więc mam przyprowadzić pacjenta o 14:30. Wracam do żarcia na ławce w cieniu, ale rzucany jest coraz to inaczej i w pewnym momencie trzeba spadać. Więc powolnym spacerem do serwisu. Oddaję na półtorej godzinki. Okazuje się, że w bębenku i okolicach było sucho, tj. nietłusto. Do tego dołożyłem dętkę i licznik, bo dotąd używany zwariował — raz mierzył, raz nie, jak mierzył, zdarzało się mu pokazywać wszystkie możliwe prędkości między zerem a (na oko) właściwą. Za to i serwis (chyba rozkręcali też bottombrakety i jakiś cud zdziałali, że przestało skrzeczeć; ale z położeniem ślizgów do linek przerzutki średnio pograli — przednia zwariowała) niesamowita suma 42 EU. Przygotowywałem się mentalnie na — okrągło — dwa razy więcej.

Wracamy do noclegowni zeżreć surówkę i do kąpieli. Wieczorem kolejna niespodziewajka — znów oprysk jabłek, trzeba spadać z powrotem nad rzekę i poczekać, aż traktor sobie pojedzie w diabły.

XXVIII Długie rozważania — czy cofać się do Ponte di Legno i którędy — może Mortirolo wreszcie — ale w ramach odpuszczania i powrotu wybieramy jednak łatwy wariant na Stelvio. Do Bormio całkiem szybko i sprawnie, wmuszamy z niejakim obrzydzeniem cukry i chodu do góry. Psuje się pogoda, raz czy dwa mocno posikuje przez parę minut — wszystko mokre, ale xuj tam. Ciągiem w 2h25m, co jest poniżające wobec typowego kiedyś czasu 1h55m, w sytuacji, gdy była to — po Gavia! — druga przełęcz robiona jednego dnia. Starość, nadwaga, niedotrenowanie. Na przełęczy konwersacja z piękną Niemką Sabine, która na jakimś tytanowym potworze z 20+ kg bagażu robi przełajowo-szosową wycieczkę. A oprócz konwersacji także (1) podregulowanie przerzutki, żeby wchodził najłatwiejszy bieg, (2) stwierdzenie, że tylne koło luźne i przykręcenie, (3) pomstowanie na serwis, który tak ten rowerek wypuścił... Chyba zapunktowałem. Sabine miała ze 20 lat — dziecko. I wcale nie wiem, czy nazywała się Sabine — ale jakoś pasuje. Dobrze, że nie mam 20 lat, zakochałbym się od pierwszego wejrzenia i rozmowy. Jednego żałuję — należało może spytać, co też studiuje. Zbierają się chmury i jedziemy, każde w swoją stronę. Spadunek prosto do Prato, szybkie zakupy, powrót do EKW i kąpiel. Lodowato i szaro, jak zwykle.

XXIX. Rano — szybko pod wiadomy nadmuch, po obrobieniu się ze śniadaniem i anty-kolacją w dół do Meranu i w górę do St Leonhard, a potem pod Jaufenpass. Gorąco, ale część podjazdu w cieniu. Dobra robota jak na tak wolno podjeżdżany sezon, niecałe 2h na 1400 m zrobione w ciągu. Wydaje się, że część rewelacji o procentażu na mapie można wrzucić między bajki. Na łeb na szyję do Sterzing i po obiadku spokojnie na Brenner. Tam kąpiel i jednak decyzja, że na betonie nie śpimy, więc w dół. Szukanie noclegu na zjeździe nic nie daje, ostatecznie ok. 23:00 (2-3 zakręty nad Innsbruckiem) spanie (średniej jakości, bo blisko drogi, duży ruch i światła).

XXX. Na dworcu okazuje się, że pociąg do Linzu z miejscem na rower będzie późnym popołudniem, uroki niedzieli i to na dodatek tej 15. sierpnia. Jedynie słuszna decyzja to pogonić rowerem. Całkiem udany dzień — najpierw z niejaką pomocą (nieprzesadnego) wiaterku w dół Innu, później urokliwie i niestromo (oprócz tej ścianki za 15%) przez Kitzbuehel aż do St Johann i znaną sprzed 5. lat przeprawą do Lofer. Tam mammatusy i wyraźna sugestia, że zlewa wkrótce. A jakże — zainstalowalim się za drewutnio, poszlim spacerem po wodę do wioski i łomot! — kilka godzin deszczu, w tym początek (z pół godziny) z wichrem, gradem i oberwaniem chmury. Wicher oczywiście daje pod daszek, więc mata ekspresowo i deszcz górą zawija za matę — trza podtrzymywać jakiś czas... W końcu odpuszcza.

XXXI. Szorujemy do Salzburga, w Niemczech fragment nielegalny (200 m tunelu — też powód) i po chwili kluczenia po mieście w poszukiwaniu dworca — chwila ulgi w pociągu. Ale gówno — nie ta linia/przewoźnik, podziękowania dla pana konduktora, że obyło się bez mandatu. Pół godziny w Voecklabruck i nadjeżdża cug właściwy, z jakimś ultraegzotycznym sposobem przypasowania roweru do poręczy. W Linzu chwilę kropi, więc obiadek pod sklepem żremy niespiesznie. Później w miarę udacznie (bez kluczenia, jak raz czy dwa już bywało) do standardowego dojazdu do Czech, odrabiamy obłędne stromizny i mniej obłędne. Po czeskiej stronie nie docieramy nawet do Ruzomberka, znów deszcz, czyli kibel. Ale umyć się i ogolić jak najbardziej — będziem jutro w CD za kulturnego.

XXXII. Do Krumlova spokojnie, choć droga kawałkami mokrawa. Później jakoś niewyraźnie od wsiąścia w pociąg — łeb pobolewa, spanie męczy. Rodzice podjeżdżają do Mezimesti i osiadam w pieleszach.

Parę dni gorączki i — ni z tego ni z owego — niemożliwie boląca lewa noga — kolano i łydka. Cholera wie, skąd się wzięło [2.09.21: zakrzep... leczymy]. A dostać gorączki pierwszy raz po — jeśli dobrze liczę — 23 latach... — niesamowite. Wątpię, czy kowid. Jakoś za krótko i za mało intensywnie. A może to zasługa szczepionki.

Ogółem z 2600 km, raczej nieco więcej, bo części danych od Nufenen do Tirano nie przyjmuję za dokładne. Bywało lepiej, i może nieprzesadny apetyt ostatnio wskazuje, że za rok będzie lepiej (od 2019 ma być, ale nie jest).

Przeczytane: zabawowe — "Znaczy kapitan", śpikowskie — "Łowcy szpiegów", "Niewidzialni", "Odwet", "Mosad: najważniejsze misje izraelskich służb specjalnych", reportera Ryszarda — "Szachinszach", "Cesarz", "Podróże z Herodotem", "Imperium", "Busz po polsku", "Jeszcze dzień życia", J. Zajdla — "Cylinder van Troffa", "List pożegnalny",

Poczytane: "Bullshit Jobs" kontynuowane z zeszłego roku. Plus Ryszarda "Chrystus z karabinem na ramieniu". I "Lapidaria" — treść miejscami może i w porządku, ale z racji formy fatalne, wręcz idiotyczne. Luźne uwagi i popiardywania leśnego dziadka o tym i owym. Szczym do ludzi, panie?... Postmoderna, w pelerynę kopana. Aż mi się chce wyjść z kina. Po zajrzeniu do wykazu dzieł: losie, ile on tych "Lapidariów" jeszcze naprodukował później...
 
Certyfikatu szczepienia pies z kulawą nogą ode mnie nie chciał, trudno. Do następnego.

wuj