Showing posts with label rowery. Show all posts
Showing posts with label rowery. Show all posts

Friday, 18 September 2026

Alpy 2026

Alpy 2026

Ciężko było*, jak zwykle.

 

1. Z Wiener Neustadt do Rohr im Gebirge, jak już ze dwa razy, prosto pod mostek. 66 km

2. Na starcie zapomniany pod mostkiem kask, z inskrypcją od niej, z Lb 6,24. Kilka km trzeba wrócić i dwa razy to wypalanie wyngla oglądać. Bo tam jest takie więcej takie lokalne zagłębie produkcji wyngla z drewek, co potem te bogate ludzie w gryl wrzucajo. I takie instalacje przy szosie dymio. Brawo gryl, takie lubczasopismo, jakby kto z gupków nie wiedział. Obłędna Gscheid, ale jakoś bez przesady - organizm jak odnowiony. Później Mariazell i wiadomy przejaździk do Hieflau. Objętościowa jazda; 128 km.

3. Rest, bo dyszcz bangla. Jacyś panikarze z familoka naprzeciwko wiaduktu, pod którym kimam, wezwali ratunek i milicję, pewno z klucza "bo ktoś zalega i może chory". A że przewraca się z boku na bok, nie śmieci (modulo klocek rano - konspira i higiena obowiązuje) i czyta jak to kulturny człek, to już nie uwzględnili. Ani nie podejszli zapytać, jak się kto czuje. No to milicja i łapiduchy mają pusty przejazd. Spisali i życzyli dobrej podróży i nie pytamy, co by było, gdyby w miasteczku był kiempink, a tych domów by tu jeszcze nie było. A TO BYĆ MOŻE WASZA MATKA!!! (Sprawdzić, czy nie ksiądz...)

4. Bardzo ładny park Gesaeuse i wapień i po nieźle gorącym podjaździku przez Wagrain spadunek do zabawnie nazwanej doliny Pinzgau. Kąpiel w bajorze w Schwarzach i sen na ławce. Niebo czyste, jak zażądałem. 153 km.

5. Przez Hochtor (niedojedzone, bo przegadane z kol. Norwegiem pod sklepem...), 2h 10m od Ferleiten, bez stopu, ale z ledwością. 110 km do Lienz. Tam burza z gradem, podtrzymywanie maty itp. atrakcje. Nie zalało fatalnie, ale wredne to było. W tym siedzenie na golasa na murawie, ale kleszczów nie złapałem.

6. Rest.

7. Staro drogo przez Stallersattel, bo od drogi 100 już mi się przelewa... 2h57m na raty, bo zmęczenie. 108 km do St Sigmund. Chyba za rok pojadę straszliwą 111.

8. 2h 07m na Penser Joch, drugi raz w życiu. Co za stromizna... I w dół do Sarnthein. Dystansu nie zakonotowałem, ale chyba ponad 100 km było.

9. 123 km przez Mendelpass do Ponte di Legno; najpierw piekielnie gorąco od samego rana. No i pierwszy raz udało się nie zakiblować przed Paso del Tonale, ale sam podjazd jak zwykle dość nieznośny.

10. Rest, czyszczenie prowizoryczne napędu, kąpiel, golenie - bo elegancko trza wyglądać.

11. 84 km do Livigno, bo burza od Foscagno goniła. No i Gavia w 2h 10m; "bardzo ładna praca!"

12. 90 km do Tiefencastel przez Albulapass, też z przystankami i grożącym opadem i wichrem, na zjeździe trochę lało, więc przeczekiwanie najpierw w Berguen, parę km niżej przy jakimś budynku służby drogowej z niezłą porcją os - musi gniazdo w środku.

13. Rest (pod mostkiem, na deskach pożyczonych od drewutni, bardzo dziękuję, odniosłem na miejsce).

14. Przez Oberalp do Andermatt i nie dalej, bo wyraźnie słabość i niedojedzenie dopadało z racji gorąca, plus niedoszacowanie odległości do Ilanz (z 50 km od startu!); 115 km. Nocleg na bezczelnego - pod dachem zabudowań kolejki, 50 m od recepcji campu.

15. Furka 1h 24m od Realp, w sumie 95 km do Raron - stała miejscówka, nawet zostawiona flaszka z rozpałką z 2021 obecna i jest czym napęd przemyć. Bajzel niesamowity, bo ktoś zrobił włam do domku, tak więc sprzątania było na jakieś 3h - usuwanie porypanej płyty wiórowej z mebli, butelek, puszek itp. syfu. Z 6 razy dygałem z rzeczki 10 l kanister (po spryskiwaczu wg etykiety, bynajmniej nie dworskiej) i spłukiwałem podłogę, a później przytachałem stół spod sąsiedniego daszku (w którym w 2016 był prąd...). Warunki co najmniej jak w czterogwiazdkowym hotelu.

16, 17. Rest, rest. Pierwszego dnia zakupy, mycie napędu, drugiego pizza. Gorąco.

18. 3h 20m do Martigny, na szczęście wiało tylko ostatnie 20 km. Za ciosem, po obiadku, pod Forclaz - podjazd zaczęty o 13:00, koszmarnie mnie spaliło. Zresztą stała stromizna i brak zakrętów też - tak to zapamiętałem dekadę temu. 126 km do dechetterie w les Houches.

19. Rest, bo całą noc mnie ta kolacja zalegała wysoko, a rano nagłe ostrzeżenie ślinianek, tyle czasu, żeby wybyć ze śpiwora, nałożyć oba obuwie i rzucić rzyg. Zgon, sikanie wszystkimi otworami. Winni: feta albo Carrefourowe ratatouille w puszce. Snułem się do sklepu, a w środku bohatersko (wśród ichnich serów i spleśniałych kiełbasek) wymieniłem kolkę zero na niezero. A że tonic zero - nie zauważyłem, więc podczas nawadniania cierpiałem.

20. W górkę i ostro w dół - pierwszy raz legalną szosą z Chamonix, bo dwa razy wcześniej zdarzyło mi się tam zjeżdżać ekspresówką... Zgonu i sikania dupą c.d. Strach o odwodnienie... Do Flumet aż 60 km. Pizza wieczorem, wyrzucona godzinę później. Żeż, szlag by to.

21. Rest. Przenicowywania układu pokarmowego c.d. Pizza w innym miejscu, trochę taka sobie, ale głód straszny. Zatrucia c.d.

22. W dół. Za Albertville goni w krzoki imperatyw. Potem spokojniej do St Jean de Cuines. 72 km. Koniec, bo zatrucie nie daje spokoju. Pociągiem do Modane, busem do Bardonecchii. Tam pilne bieganie nad rzeczkę, za betonowe ograniczniki parkingu - tuż po przyjeździe i drugi raz wieczorem. Wpienił mnie nieziemsko pan dworcowy, który przylazł ok. północy i wygonił mnie z niezłej miejscówki, gdzie zalegałem od ok. 19:00. N.b. dworzec w Bardonecchii przywodzi na myśl PKP z lat 80., ale w wagonie. Koszmar. Syf, malaria i korniki. (I wcale nie jest prawdą, że dach przeciekał... - przecieka i to jak, tj. dach, znaczy, po wyjściu na peron.)

23. Pociągiem do Turynu, stamtąd do Mediolanu i do Bolzano przez Veronę. Raz para z ultra-głośnymi telefonami (bez słuchawek, bo po co?), raz wrzaski bachorów (i dorosłych) kolorowych, których zawartość może nie jest 25%, ale naprawdę wysoka - są jak u siebie w łazience; raz śmieć zalegający na podłodze w stanie wskazującym, po paru wrzaskach i ciosach pięścią w podłogę. No ale czego od śmieci wymagać? Gorzej, że za sprzątanie ćwiartkę albo dożywocie złapać można... A w Bolzano znana miejscówka, a więc kąpiel i znów sprawy pokarmowe i wręcz przeciwnie. Rozmowa z Giuseppem w Zugu - za pierwszego pisu we Warsiawie pracował, a tera (po jakichś bypassach dorobionych!) zajął się zgodnie z zaleceniem lekarza ruchem i uderza na objaździk tygodniowy, do którego trenował. Zacny człek, pogadaliśmy i ponaprawialiśmy świat, jak to ludzie starszej daty.

24. Od 6:30 w pociągach - na Brenner, zjazd do Innsbrucku, stamdąd improwizacja: Kufstein-Rosenheim-Salzburg-Linz. Tam - wbrew zapowiedziom - pan kierowca zapakował mnie do busa z rowerem na krzywy ryj, bo kolej do Budejovic znów nie działa. I nawet biletu nie chciał, więc postawiłem się i nabyłem, dla spokoju przysłowiowego sumienia. Zatem z Summerau do Rybnika; a tam afera, bo pociąg miał brać rowery i nie bierze. No to późniejszym, do C.B. Z nawigacji: kierunek Mac plus jeszcze na dokładkę falafel z budki u kogoś ze wschodu. Pyszne, ale skutki będą wiadome... Ale z większym opóźnieniem - flora się odnawia. Noc kabaretowa, bo z tyłu sklepu.

25. Kolej jeszcze raz: do Pragi i standardowo przez Starkoc do Mezimesti. I rowerem na głodnego przez Waldenburgpass albo Paso di Borgoselva. Jazdy od Brenner począwszy 95 km.

Finito.

Jeśli dobrze liczę, jeden napęd w użyciu po raz 4. - korby Tiagra, bo na syrenę sto pięć ("SOL - tak to kiedyś czytałem) mnie nie stać, kasetka Miche 12-29 z szarej, twardej stali i łańcuch Ultegra. Niezłe - pod takim klocem jak ja, i to na stalowej ramie.

 

* Bo i Kobieta odeszła w - nomen omen - stylu disorganized attachment style, i brzuch przez to ciężki i głowa. No a ja to się starałem, dla Kobiety wszystko, i że warto, bo ona nie jest zła i w sumie taka biedna. A ciosy się zbiera, bo zła nie jest, ale nie wie, że robi i mówi momentami naprawdę jak ktoś do szpiku kości zły. A wszystko dodatkowo pod płaszczykiem wiary w tow. Boga i okolice, a tam przecież samo dobro i to na tony. Trudna sprawa. Wytkniesz coś złego - oceniasz, a ocenianie jest złe. A przypominanie spraw minionych - z definicji złośliwe. Wyjazd opóźniony, bo aż sercowy się zrobiłem od tych zmartwień i upokorzenia - problemy z oddechem, tętnem, ciśnieniem. No to pojechałem się podleczyć, do alpejskich wód i na słońce i szosę. I chyba się udało. Nie chcę już, choć Kobieta śliczna, w paru wymiarach nieco naiwna, a jak przyjdzie co do czego, to z taką zdolnością do konfabulacji i redukcji dysonansu poznawczego, że zgroza bierze. Nawet już zmieniać jej delikatnie nie chcę i pokazywać, że życie może być bardziej kolorowe. Bo nie, skoro oblewa mnie pomyjami i wgniata w glebę i wrzeszczy, no to ma problem z głową... Pech, że inteligentna i nieźle udaje mądrą. Kochałem potencjał. A potencjał to przyjmował i dziękował, a dziś twierdzi z jasnym czołem, że nigdy mną nie był zainteresowany. Mindfuck? Ano, jak to zwykle z "unikowymi". Kurwa, nigdy więcej... Discarded, gone.

Tuesday, 2 September 2025

oddech wymarłych światów, cz. 2


Drugi sygnał z przeszłości - Alpy 2003. Zurich-Genewa przez Col Agnel. Podróż sentymentalna... - na spotkanie ówczesnej przyszłej byłej niedoszłej.

Wakacje!.. Nareszcie. Praca magisterska napisana, można się pakować do autobusu i jechać do Szwajcarii. Po niezbędnych przygotowaniach, treningu i długim gapieniu się w mapy wyruszam w podróż ósmego lipca. Z godzinnym opóźnieniem i niestety do Zurichu, a nie do Lozanny, jak planowałem. Trudno, mam mapy i wiem, jak jechać. Nie zginę.
Jednym z najbardziej dramatycznych elementów tej wyprawy jest przeżycie związane z jednym filmem, którego nie włożyłem właściwie do aparatu. Trudno, nie ma. Białe. Albo czarne, zależy, czy odbitki, czy negatyw. Przepraszam, najbardziej chyba siebie...
 
Godzinne opóźnienie przeistoczyło się w trzygodzinne, ruszam z Zurichu o trzeciej po południu. Jest okropny skwar. Kierowca autobusu pyta, dokąd chcę dojechać; otrzymawszy odpowiedź rzuca mocne słowo. Po trzynastu kilometrach pęka dętka. Dziś wiem, że tak skrajna wściekłość, jakiej wtedy doświadczyłem nie służy odpoczynkowi, ale wtedy "trzeba było". Czterdziestostopniowy upał, pełne słońce, a ty człowieku baw się w unoszenie załadowanego roweru, odkręcanie koła, wymianę dętki... Szczęście, że wjechałem na stację benzynową, przynajmniej nie musiałem się użerać z pompką. Rowerek naprawiony, ale morale raczej nadpsute... No nic, trzeba jechać, przecież nie można się poddać teraz, na takiej nizinie!
 
Trafiam do Lucerny, po dość stresującej przeprawie przez miasto jest już spokojnie. Rozkręcam się i wraca, a raczej przychodzi ochota na małą konfrontację z górami, a trasę mam dość trudną. Po 92 km docieram nad Sarner See, przed Giswil. Po kąpieli w jeziorze chowam rower w krzakach i idę spać, "na dziko", nawet nie rozbijam namiotu. Boję się, czy przypadkiem nikt mnie nie znajdzie (kary dochodzą do 40 CHF), ale wszystko jest w porządku. 
 
Rano ruszam przez Giswil, po zakupach mam szybkie śniadanie i podjazd (560 m) na Brünigpass (1008 m). Szybki zjazd i jestem w Meiringen (595 m). Chwila duchowego przygotowania (czekolada, jogurt...) i atakuję Grimselpass, na wysokości 2165 m. Chyba zawsze tak jest z tym "pierwszym wjazdem", że często się zatrzymuję, robię dużo zdjęć i... jestem okropnie zmęczony. Ostatnie kilkaset metrów w górę robię krótkimi odcinkami, po przystanięciu mam zawroty głowy. Jakoś tam się mobilizuję i kwadrans po trzeciej jestem na przełęczy (podjazd zacząłem o 10.40, było tego ponad 1500 m, czyli okropnie wolno - moja norma to 400 m/h). Trochę odpoczywam, a po szalonym zjeździe jestem w Gletsch (1757 m). Widzę drogę na Furkapass i przypominam sobie, jak bardzo dała mi do wiwatu dwa lata temu. Teraz będę podziwiał drogę wzdłuż Rodanu inaczej niż dotychczas - zjeżdżając w dół - mam zamiar dotrzeć co najmniej do Brig, choć początkowo myślałem o noclegu w Täsch pod Zermattem.
 
Za Fiesch jest ostatni stromy zjazd w Dolinie Rodanu. Trafiam do Brig, ostatnie kilkaset metrów pokonuję pod wiatr, jadąc z prędkością 15 km/h i mając wrażenie jakbym jechał co najmniej dwa razy szybciej. Zgroza. Po podobnej męczarni dostaję się do Visp i skręcam do Mattertal. Nareszcie cisza. Rzeka Vispa jest szara i brzydka. Dolina rozdwaja się, na lewo odchodzi Sassertal, z kurortem Saas Fee na końcu doliny. Skręcam w prawo, rzeka znika gdzieś w dole -- trzeba będzie znaleźć potok do kąpieli. Obozuję w końcu przed St. Niklaus, znów na dziko i znów mam stracha.
 
Rankiem (koło piątej) zaczynam podjazd do Zermattu. "Skoro jest podjazd, to nie biorę kurtki" - świadoma decyzja, opłacona uczuciem straszliwego chłodu. W dolinie było pewnie z 10 stopni, jechałem w cieniu i zamarzałem, dwa razy chciałem zawracać, ale chęć zobaczenia Matterhorna była silniejsza... Zobaczyłem ten ząb, wyniosły kawałek płyty afrykańskiej, dopiero po wjeździe do Zermattu. Widok naprawdę wspaniały, na lewo biały masyw Monte Rosa. Brak filmu wynagrodziłem sobie w czasie pisania tego opisu, rysując Matterhorn - oto wynik:

Po zjeździe do Täsch włażę do sklepu po jakieś "kalorie", ale najmilszym miejscem okazuje się kącik, w którym stoi machina do pieczenia bułeczek... Po szybkim śniadaniu zjeżdżam do miejsca swego noclegu, pakuję sakwy i namiot na rower i wracam do Visp. Tak skończyła się wyprawa po piękne widoki, których nie udało się uwiecznić. Może jeszcze kiedyś tam wrócę?..
 
Około jedenastej ruszam z Visp do Martigny. Nie będę opisywał toczącej się od Sion walki z wiejącym w górę doliny wiatrem. Siedemdziesiąt dwa kilometry przejechałem w siedem godzin... Z poczuciem klęski i ponad stu dwudziestoma kilometrami na liczniku zamieszkałem na campingu w Martigny, z przerażeniem myśląc o czekającym mnie następnego dnia podjeździe na Przełęcz Św. Bernarda. Zrobiłem zakupy, porządnie włożyłem film do aparatu (!) i można było iść spać.

Następny dzień zacząłem wczesnym rankiem, zebrałem się na siódmą i pojechałem szosą prowadzącą do Val d'Entremont, kończącą się na Col du Gd St Bernard, na wysokości 2470 m. Okazało się, że wszelkie wczorajsze obawy mogę odłożyć w kąt, jechało się znakomicie. Aż do początku tunelu, na wysokości 1950 m podjazd jest naprawdę łagodny. Ostatnie 500 m wymaga nieco wysiłku, ale widoki, powietrze i woda ze strumieni potrafią to wynagrodzić.

Na przełęczy spędzam kwadrans, robię parę zdjęć i przygotowuję się do pierwszego porządnego zjazdu. Do Aosty mam 1900 m w dół. Na początku droga jest stroma i kręta, ale nie obawiam się o koła - są gorące, ale od pierwszych zjazdów w Alpach i palonych opon trochę czasu już minęło i nauczyłem się bezpiecznie hamować. Po dojechaniu do wylotu tunelu zdejmuję kurtkę, dość tego. Bez większych przygód docieram do Aosty. Dolina jest leciutko przymglona; to powoduje, że zdjęcia gór nie wychodzą, i upał daje się mocniej we znaki. Skręcam na wschód i znów zaczyna się walka z wiatrem, uwiecznionym na zdjęciach poniżej. Najgorszemu wrogowi nie życzę takiej jazdy! Cudem trafiam na otwarty sklep (sobota we Włoszech...). Kręcę się trochę szukając campingu, jestem nieźle zdenerwowany. Trafia się wreszcie coś w St Vincent. Jest szósta. Na liczniku 112.5 km

Kwadrans po siódmej rano ruszam w kierunku Turynu. Pokonałem ponad sto kilometrów w prawie pięć godzin. Trochę to głupie tak kręcić po nizinie, ale tak miało być. Do campingu w Turynie dojeżdża się krętą ulicą, podjeżdżając około stu metrów w górę. Był to chyba jeden z najbardziej przykrych akcentów tego dnia. Na szczęście trafiłem tam parę minut po dwunastej i jeszcze mnie obsłużono (siesta trwa od dwunastej do trzeciej!). Resztę dnia spędziłem na nudzeniu się, grzebaniu przy rowerze, piciu wody i soku i stwierdzaniu, że jest mi gorąco. Okropność.
 
Nazajutrz miałem szczerze dość nizin i postanowiłem skoczyć daleko w góry. Zacząłem przed siódmą, wygrzebałem się z miasta i nawet trafiłem na dobrą drogę, prowadzącą do Saluzzo. Trafiłem tam po dwóch i pół godzinie, po 77 km. Zjadłem drugie śniadanie i pojechałem dalej, za znakami na Valle Varaita. Od samego początku zapowiadał się deszczyk, jednak zostałem oszczędzony, co więcej - było mi dane jechać we mgle. Po podjeździe na Pso di Falzarego nad Cortiną zdarza mi się to drugi raz w życiu. Uczucie jest niesamowite - jadę szybko i jest chłodno, ale nie zimno. Koszulkę zawijam jakoś na kierownicy, moje ciało "paruje", na rękach mam gęsią skórkę i pełno małych kropelek wody. Czuję się trochę jak maszyna. Najważniejszą rzeczą jest utrzymanie tego stanu, lepiej nie zatrzymywać się na dłużej niż na minutę-dwie, inaczej można się nieźle wyziębić.
Mijam kolejne miejscowości w dolinie, przed godziną drugą docieram do Casteldelfino, na wysokości 1296 m. Około czwartej, po wzgardzeniu campingiem w Pontechianale (ponad 1800 m) nie mam już zbyt wiele siły ani woli walki. Poza tym jestem głodny. Poddaję się po przeszło stu dwudziestu kilometrach i ponad półtora tysiącu metrach podjazdu - jest polanka, mokra od opadającej mgły. Wśród gwizdów świstaków rozbijam namiot i idę (a właściwie schodzę i uważam, żeby się nie zabić) pod prysznic, czyli do strumienia. Po lodowatej kąpieli zawijam się w śpiwór i gotuję jakąś pyszną zupkę, zresztą w tych warunkach wszystkie są pyszne.
Parę minut po kolacji słyszę krótki i głośny świst, bardzo blisko namiotu. Wychylam głowę i parę metrów od siebie widzę sympatycznego zwierzaka. Powoli sięgam po aparat, ale przy norze już nikogo nie ma. Po paru minutach pojawia się ten sam delikwent.

Po zrobieniu tych zdjęć uzbrojony w aparat stanąłem nad norą i stałem kilkanaście minut, ale nic z tego. To bardzo ostrożne stworzenia.
Rano na szczęście nie ma śladu po mgle, po śniadaniu zwijam obóz i rozpaczam nad ilością wody, którą zawiozę zaraz w górę, nawet po porządnym wytrzepaniu tropiku i wytarciu podłogi namiotu. Trudno.

Ruszam o siódmej, pojawia się słońce, w dolinie widać mgłę. Zewsząd dochodzą świsty, na które chętnie odpowiadam. Świstaków jest naprawdę dużo, niektóre uciekają po szosie. W pewnym momencie trafiam na dwa młode, jeden łaskawie nie ucieka do nory.

Droga jest nieźle stroma i dość wąska, krajobrazy wspaniałe.

Nie spieszę się, ale 800 m pokonuję w niecałe dwie godziny. Zjeżdżam do Francji. Kawałki szosy są fatalnej jakości, do polskiej normy brakuje tylko porządnych dziur. Po kilku podskokach sakwy zjeżdżają w dół - nie trzymają się hakami bagażnika, wiszą tylko na sznurku. Nie odpadły - właśnie po to spędzam codziennie kilka minut wiążąc namiot i sakwy.
Zjeżdżam do Chateau-Queyras, po drugim śniadaniu ruszam dalej i tuż przed południem zaczynam podjazd na Col d'Izoard. Jest ciężko - pełny żołądek, upał i nieźle pod górę. Mijam starszego człowieka prowadzącego kolarkę i trzymającego się za serce. Nie chce ani wody, ani czekolady, mówi, że wszystko jest dobrze... Boję się. Po kilku kilometrach droga zaczyna piąć się na wzgórze, prowadzi przez sosnowy las. Jest gorąco, czuć zapach żywicy, igliwia i suchych drzew, a łaty z asfaltu nieomal płyną po szosie. Omijam je z jakimś dziwnym lękiem, że mogę się do nich przylepić. Po męczącej walce ze skąpanym w słońcu wzgórzu trafiam wreszcie na Casse Desserte, droga prowadzi długim, stromym zboczem, pokrytym szarym pyłem z tu i ówdzie wystającymi dziwacznymi kształtami skał, które oparły się erozji. Niesamowity widok, gdyby nie sosny i świerki możnaby pomyśleć, że jest to kanion albo jakaś górzysta pustynia. A ja tu chciałem nocować...

Po dwóch godzinach i dziesięciu minutach i tysiącu metrach podjazdu docieram na przełęcz (2360 m), spędzam tam parę chwil i zaczynam zjazd do Briançon. Dość długo szukam campingu, przy okazji podjeżdżam jakąś obłędnie stromą ulicą. Potem nią zjeżdżam i na szczęście nie kasuję kilku samochodów i przechodniów.
 
O piątej rano ruszam na południe, do Ailefroide, z nadzieją obejrzenia lodowców wypatrzonych na mapie, ale pogoda się psuje. W sumie 800 m w górę zrobione w dwie godziny mogę spisać na straty... Wracam do domu nieco głodny, po śniadaniu (jest dziewiąta rano...) i prysznicu czuję się jakbym dopiero zaczynał dzień. 
Za dwadzieścia dwunasta zaczynam jazdę na Col du Lautaret (2058 m). Podjazd jest długi i łagodny, około siedmiuset metrów na trzydziestu kilometrach, ale poranna eskapada powoduje, że dość szybko się męczę. W niecałe dwie godziny osiągam przełęcz. Dużo tu "cywilizacji", ale mnie jak zwykle interesują lodowce.

Postanawiam iść za ciosem i podjąć walkę z następną przełęczą. Wraca mi "forma", podbudowana chęcią wyprzedzenia grupki hałaśliwych Holendrów. Prawie sześćset metrów podjazdu pokonuję w godzinę i pięć minut, popędzany dodatkowo przez psującą się pogodę, kropiący lekki deszcz i chłodny wiatr. Nie udało się zrobić lepszego zdjęcia na Col du Galibier, tablica była okupowana przez zmotoryzowanych "turystów". Zjazd dostarcza jak zwykle ciekawych i niebezpiecznych sytuacji. Np. konieczności wyprzedzenia dwóch facetów na rowerach bez bagażu.

Trafiam do Valloire, ponad tysiąc metrów pod przełęczą. Namiot, zakupy, trochę wylegiwania się i lenistwa. Nawet pogoda się poprawia.

Nazajutrz śpię trochę dłużej, wyruszam w pół do ósmej. Na początek Col de Telegraphe, 150 m podjazdu, a potem prawie tysiąc w dół. Przykre było to, że gdzieś w połowie drogi zostałem na siłę wyprzedzony przez ciężarówkę i wlokłem się za nią z szybkością trzydziestu paru kilometrów na godzinę. Spaliny, złość i tym podobne smutki. Od St Martin de Maurion mam dwadzieścia kilometrów do Modane. Pojawiają się znaki na Col de l'Iseran. Prawie sześćdziesiąt kilometrów i ponad dwa tysiące metrów do góry. Zacznę, najwyżej przenocuję gdzieś wysoko. Po drodze mijam jakieś dziwne zabudowania.

Jedzie mi się tak dobrze, że w Lanslebourg już wiem, że przejadę tego dnia przez przełęcz. Jest gorąco, ale nie tragicznie. Dostaję się do Bonneval sur Arc, skąd mam mniej niż tysiąc metrów podjazdu.

Chwila odpoczynku i zaczynam. Po drugiej stronie doliny widać jakieś wysokie szczyty ze spływającymi lodowcami. Robiłem im zdjęcie kilka razy, wybrałem to zrobione z najwyższego punktu, z widocznymi kawałkami szosy.

Za przesmykiem widocznym na ostatnim zdjęciu zaczyna wiać lodowaty wiatr. Przez pierwsze parę chwil mogę się nim cieszyć, ale zaraz zaczynam szybko marznąć. Nijak nie zdobywam się na wygrzebanie kurtki - do przełęczy zostało niewiele ponad sto metrów w górę, a każde zatrzymanie oznacza dalsze chłodzenie organizmu. Zmęczonego i głodnego na dodatek... Docieram na Col de l'Iseran i ledwo mogę ustać, tak wieje. Ustawiam jakoś rower i od razu wkładam kurtkę. Jest trochę lepiej, ale do szczęścia na tym zjeździe potrzebny jest mi kaptur pod kaskiem. Predkość dochodzi do 75 km/h - całkiem fajnie, ale trochę niebezpiecznie. Hamuję po

przeżyciu niewielkiego szoku - wyprzedza mnie trzech motocyklistów jadących z obłędną prędkością i hałasem. Dawcy... Po kilku minutach widzę Val d'Isere, prawie tysiąc metrów niżej. Po dotarciu do miasteczka robię małe zakupy, zszokowany cenami, o połowę wyższymi, niż "na dole".  Wyjazd z Val d'Isere na długo pozostanie w mojej pamięci jako jedno z najbardziej przykrych przeżyć związanych z alpejskimi szosami. Tunele... W sumie nic strasznego, co najwyżej huk jest męczący, ale jeśli dołożymy do tego dziury w jezdni, popsute oświetlenie, dość duży ruch i kierowców wyprzedzających przez ciągłą linię tuż przed zakrętem, to otrzymamy prawdziwe narzędzie do niszczenia rowerzystów. Jest ciemno, jadę środkiem prawego pasa, ręce kurczowo zaciśnięte na kierownicy ledwo wytrzymują niespodziewane podskoki, a poza tym naprawdę się boję. Nie chcę zostawiać kości w tunelu. Jakoś się z tego wygrzebuję, ostatni tunel jest przy jeziorze.

Szosa jest stroma, korzystam z tego, żeby odreagować poprzednie wrażenia. Kilka kilometrów przed Bourg St Maurice trafiam na korek. Dojeżdżam wreszcie do Seez, znajduję camping i kupuję wymarzone owoce, które były za drogie tysiąc metrów wyżej...

Następnego dnia przed ósmą zaczynam podjazd na Col du Petit St Bernard (2188 m), droga jest kręta i mało stroma. Jadę szybko, szybciej niż kolarze. Po chwili okazuje się, że zapomniałem o tym, jakie mam przełożenie... Osobliwy sposób na zwiększenie tempa jazdy. Do La Rosiere (1850 m) trafiam w pół do dziesiątej, godzinę później jestem na przełęczy. Widać Mt Blanc. Przed sobą mam ostatni duży zjazd. Do Courmayeur docieram w południe. Trafiam od razu na dworzec autobusowy, bez problemu kupuję bilet do Chamonix. Za kwadrans druga jestem we Francji i zatrzymuję się na campingu niedaleko Chamonix.

Spędzam tam dwa miłe dni, trzeciego skaczę za Genewę do Gex, skąd nazajutrz odbierają mnie rodzice. Koniec. Do następnego lata...

Tuesday, 15 July 2025

Alpy 2025

[zapomniałem opublikować, ważniejsze sprawy na głowie...] 

Odzyskiwanie formy, czyli o korzyściach z zakochania się w postaci zmniejszonego brzucha i poczucia, że jest Ta Jedyna. I podróż z intencjami i próbami modlitwy - bo komu tym zaszkodzę?

21.06.2025 - dostałem napis na kask z Ks. Liczb, błogosławieństwo na czoło i medalik z Matką Bożą z Lourdes.

Początek - 23.06.2025

I. Prosto z tradycyjnego Wiener Neustadt przez Gloggnitz i Raxalpe. Raz sypnęło opadem na podjeździe, ze zjazdem przyszło poczekać na podeschnięcie nawierzchni, drugi raz ostrzegło w połowie zjazdu i - w miarę tuż po kąpieli pod mostkiem w Kapellen - kontynuowało solidnie do rana. Nocleg na przystanku; wygodnie, ale wcześnie trzeba się zbierać. 61 km.

II. Druga przełączka także sprawnie i zgodnie z zeszłoroczną metodą - oszczędzamy najlżejszy bieg, depcząc i podciągając do zasapania. Później szybciorem do Gusswerk i Wildalpen, przez obłędnie strome kawałki przed Hieflau i dalej przez wapienie parku Gesaeuse. Koniec aż w Liezen. 158 km.

III. Mozolnie i nieco nudnawo do Bruck, 135 km. Miejscówka zeszłoroczna, sprzętów kuchennych brak. Pogoda rokuje, więc nocleg na ryzyko - bez daszku.

IV. Osiąg: czwarty dzień z rzędu i 1h40m od Ferleiten do Fusher Toerl bez stopu. Jest dobrze. Po drodze do Lienz z (jak zwykle wymęczoną) Iselsberg widać chmury - będzie źle. Wieczorem gradobicie do kalibru wiśni; tarp wytrzymał, może potemu, iż pod choinami obóz. Wygarnianie lodowatej wody z dołków w darni, sprzątanie wskakujących kulek gradu na matę i śpiwor itp. atrakcje, no i strach, że daszek się popruje od tego bombardowania. 83 km. 

V. Rest. Jedzonko, kawka, strudlik, ładowanie urządzeń, (wczorajsza) młodzież zaszczyca wizytą swoją Pana, mimo że nie Williamsburg... Biblii po niemiecku nie ma, ino Gotteslob - śpiewnik. Dzwony dźwiękły chwilę po wyjściu.

VI. Za ciosem - najtaniej do Cortiny, odnalezienie sklepu, Passo di Giau (1h01m zza Pocol, w ciągu rzecz jasna) i z górki na pazurki do Caprile. Pogoda cały czas pancerna, nocleg na bezczelnego między boiskami a domkiem ogólnoparkonarodowym; 121 km.

VII. Życiówka - Passo di Fedaia, wymęczona od Caprile w 1h30m. Obłędnie trudne, ale wreszcie - za trzecim podejściem. Grunt, żeby była pierwsza tego dnia i żeby kalorie mieć. Potem na spokojnie Sella i Gardena i spadunek do Stern - stały od dwóch sezonów nocleg pod mostkiem przy odjeździe na Valparola. 66 km.

VIII. Dalej za ciosem: w dół do Brixen i w górę do Sterzing i Jaufenpass - lekko pokropiło raz czy dwa, dodając motywacji. 1h31m w ciągu, nocleg wśród drewek opałowych mieścinę niżej od St Leonhard. Chyba St Martin. km nie zanotowano...

IX. Spokojnie do Prato, kąpiel w kanałku, zakupy, obóz. 66 km.

X. Rest. Wizyta w domu świątynnym, no i pizza point. Właśnie, obóz... - otóż zjawił się Pan Właściciel. Co ja człowiekowi poradzę, że tabliczka o prywatności terenu (myślałem zawsze, że tyczy tego pseudo-kominka) jest tylko po jednej stronie, a ja włażę od drugiej. Oprotestowawszy użycie okiennic jako dachu itp., ponegocjował trochę i ustaliliśmy, że na jedną noc zgodnie z planami jeszcze zostanę, pod warunkiem, że wszystko zostawię we w miarę pierwotnym stanie. Uścisk dłoni, podziękowanie i dotrzymanie słowa rzecz jasna. Morał: za rok trzeba będzie tam szukać czegoś nowego... A ów wielki budynek naprzeciwko elektrowni, za którym śpię od czasu zlikwidowania nadmuchu, to dawna fabryka krzeseł rzekomo - we went out of business. I hotel Prad też podobno. Tam też jest daszek.

XI. Stelvio od wschodu w niezmiennym - dla niezłej wg mnie formy - czasie 2h21m. I siurpryza: szosa do Bormio zamknięta. Zlatuję na łeb na szyję do Sta Maria i, chcąc nie chcąc, o zgrozo, Ofenpass - 1h10m. Na szczęście bez skrajnej spiekoty. Raz czy drugi na zjeździe (z podjazdem w środku) lekko pokropiło, ale przeczołgałem się bokiem. Po drugiej stronie średnio ciekawie - żrę co nieco i w górę. Do S-chanf, kąpiel w Innie nieco na widoku, no i noc na dworcu. Chłodnawo.
93 km.

XII. Pogoda tak grozi, że Albulę odpuszczam. Wjazd na Julierpass zamknięty. No to Maloja - najbardziej żartobliwa z przełęczy, 200m w górę na 30 km bieżących. Później szybciutko w dół do Chiavenny; 35 stopni - chciałem dobrej pogody, to mam. O dymaniu pod Splugę nie ma nawet co marzyć, bo spłynę do reszty. A więc do rzeki raz, obiadek, wizyta w kolegiacie (z V wieku!), gdzie dziewoja jakaś ćwiczy coś Bacho-podobnego na organach. Co za akustyka, jak oni to dopasowali?... Drugi obiadek, drugi raz do rzeki, przegryźć jeżynami i spać. Ciekawe chmury na południu; 73 km. 

XIII. Spluga na raty - ruszam o 7:30, żeby nie spiekło, ale z dołu widać sine chmurzyska, z okazjonalnymi błyskami i pomrukami. A po godzinie mam dwie i pół przeczekiwania w bardzo sympatycznym hoteliku z kawiarenko w Campodolcino. Przeschło nieco, więc dalej, na lekkim niedożywieniu. Mniejsza o czas, skoro przerwy były, zresztą problem od paru sezonów jest wyczyszczony i zwykle kończyło się na 2.5h z ogonkiem. Zjaździk z wichrem w plecy; na jednym z prostszych odcinków zahaczamy o 90 km/h - Never ride faster than your guardian angel can fly. Chwila żarcia w Thusis i pod wiatr do Bonaduz i południową stroną kanionu Renu. W Ilanz 7 minut spóźnienia do sklepu, więc łoję pizzę u Turka. Miejscówka nietypowa - za opuszczonym/marniejącym salonem sportowym. Daje radę, podobnie jak kąpiel w dopływie Renu, a nie w nim - klarowna woda. 102 km.

XIV. Zabawny dzień - najpierw holowanie parę km jakiegoś wyżylonego dziadka, choć wiało w plecy. Dziadek czmychnął do przodu na pierwszej zauważalnej stromiźnie, chyba za Trun. Forza Opa! A w Disentis curiosum - dwóch chłoptasiów-braci z Zurichu, po < 25 lat, poluje na kogokolwiek ze światełkiem, bo na podjeździe pod Lucomagno tunele rzekomo. Hm. No to pojadymy we trójkie. Jeden z braci na singlu z przełożeniem naprawdę solidnym, ze 2.5 spokojnie. No ale chudzielce, co oni o życiu wiedzą. A na Oberalp i dalej nie było szansy - chmury i nad nimi też chmury. Braciaki w środku podjazdu proponują rozłożyć się z piknikiem; czemu nie, rozmawiamy o tym i owym, a chmury suną, suną, suną. Ostatecznie zaczyna solidnie padać przed ostatnim tunelem. Dzieciaki wylatują z niego z prędkością nadmierną, ja - nieprawdaż, nauczony wieloletnim doświadczeniem garbu i bagażu - wyhamowuję grzecznie do 15 km/h, bo mokrego sprzętu i napędu nie zniesę. Przycupujemy w przełęczowym gościńcu, bracia po ciepłym kakałku, a ja kawu. Zafundowali, musi za światełko - bardzo miło.

Ze zjazdem wstrzeliwujemy się idealnie w "okno": ze 2 km deszczu i mokrej szosy, później nie pada i robi się sucho. Ciągniemy ile sił w deptadłach, na dodatek z racji adolfowatości nawierzchni (płyty betonowe) inwestujemy w ścieżkę rowerową; zgroza. Ultra stroma, cienka, raz trafił się traktor; trzeba było zostać na głównej, mimo że trząchało. Ostatnie kilometry do Biasca do zarżnięcia, pod fatalny wicher. Tam chyba konflikt wiania jako takiego, no bo wieje pod Lucomagno i z Gotharda, i zbiera się na solidną burzę. Żegnamy się, bracia na dworzec i w kierunku domu, ja pilnie do rzeki, zrzucić w krzakach ładunek i umyć organizm. Ledwo z powrotem w miasteczku i na stacji benzynowej (niedziela - a żarła brak), i robi się nieciekawie - łupie wodą i grzmotem przez prawie dwie godziny. W końcu przechodzi. Noc pod mostkiem i obok mostka. 92 km.

XV. Rest, wizyta w domu Pana. Najstarszym lokalnym, ale musi drzwi pomyliłem, bo wnętrze jakby nowiutkie. Nie rozumiem, o co poszło.

XVI. Widać było po niebie, że będzie tak sobie. No ale San Bernardino - nie w kij dmuchał. Niepokoją piękne szczyty przyprószone śniegiem - znak, że wyżej było nieźle zimno. Kolejne wyczekiwanie w miasteczku pod przełęczą, znak z nieba, że "okno" - ledwo zdążam, końcówka podjazdu ze śladami drobnego gradu i wichru w twarz, ze 40 km/h dęło. Zgroza; w te pędy w dół do Hinterrhein - to tam, gdzie żołnierze od scyzoryków te armaty torturują. I mimo dygotów jeszcze kąpiel, wszak kultura musi być. Ktoś czuwający skierował moje kroki do zdezelowanego budynku pt. "Restaurant" - ha, wejście przez garaż wolne, po podejściu schodkami można mieć dla siebie całkiem niezły apartament. Gorzej, że z podłogą z kafli, ale darowanemu koniu nigdzie się nie zagląda. Zimno jak nieszczęście, noc raczej z gatunku przedygotanych. 78 km.

XV. Rano to samo: trzeba się zebrać i ruszyć w dół w lodówkowatej temperaturze, może 7-8 stopni. Widoki cały czas wspaniałe. Bo tak w ogóle widoki po obu stronach San Bernardino takie są - majestatyczne, strome i niemal ponure zbocza. Jakby skandynawskie czy co? Spadam jak najdalej, przez Chur, Liechtenstein i Feldkirch, parę km za Bludenz. Nocleg blisko rzeki, w ciasnym kawałku doliny. Chłodno. 151 km. 

XVII. Od środka nocy zimno, ale nad ranem chyba daje się zasnąć. Ruszam i powtórka z rozrywki - zimno nieziemsko, każde -naście m w słońcu cieszy. Do czasu - bo szosa przez Silvrettę zamknięta. A żeby to... No to cofka, parę km za Bludenz i pierwsza z korb. Obłędna stromizna pod Faschinajoch, ze zdradliwym zjazdem w środku. Zjazd do Au - ano właśnie, ał. I druga korba, czyli Hochtannbergpass i przejście do doliny rzeczki o swojskiej nazwie Lech. Pluskanie w potoczku pod mostkiem, spóźniony obiadek, wizyta w domu Pana i pomruczenie w intencji Najdroższej. Noc w składzie starych desek, więc nie na betonie. 121 km.

XVIII. Rano znów zimnica. Kakałko z kartonika w sklepiku i kolejna przełączka. I stromizny nieziemskie, z niezłym wypłaszczeniem pośrodku - do wyłojenia ok. 900 m. I fatalistyczny zjazd do Imst, z 1000 m w dół w niecałe 20 minut; dawno nie miałem takiego stracha o nadkopcenie opon od gorących obręczy. No ale ustrzegł Pan. 36 km.

Dość, tęsknota ciągnie i dom i praca (także dla Niej), zatem do kolei. Potem noc na dworcu w Linzu i CD - przez Pragulec do Mezimesti. 1581 km. Mało w porównaniu z dawnymi czasami, ale forma bardzo dobra!

Do następnego?... A może już nie? W sumie zależy trochę.


Przeczytane:

T. Turowski: Chichot hieny, Oko smoka - o oficerze Pawle jak zwykle! Chwilami nieco naiwne, ale lubię, jak dobro zwycięża - pomarzyć...

V. Severski: Krawiec - fajna retrospekcja z udziałem oficera Romana i początki Moniki, a Ray i Martin chyba znani z tego placu w Helsinkach, co w poprzednie wakacje czytałem!

M. Faliński: Operacja Rafael - prehistoria znanych rzeczy z poprzedniego lata, przeplot lat wojennych i post-2010. Oficer Łodyga, czy jak mu tam. Nawet kobietę Ewę w Iraku zapoznał. I z niecienkimi aluzjami do "najnowszej książki Włodka", tj. ex-szefa Łodygi. Nie ma jak bezpieka.

O korekcie i błędach nie piszę, bo wiadomo, co mam do napisania - najlepiej na tym wychodzi V. S., no i dobrze, że T. T. zmienił wydawnictwo.

Poczytane: 

dokończone Bullshit Jobs;

ileś fragmentów PŚ (The King James' Bible), w tym zgodnie z kal. liturgicznym - Jedyna przysyłała "współrzędne";

Ch. Hitchens: God is not Great;

R. Ingersoll: The Holy Bible: A Lecture, Hell: Warm Words on the Cheerful and Comforting Doctrine of Eternal Damnation, The Christian Religion: An Enquiry. Ciekawe i celne, jak kto uprawia karkołomny sport czytania tych tekstów dosłownie.

Thursday, 27 February 2025

oddech wymarłych światów, cz. 1

Z cyklu młodość-naiwność, czyli pierwszy wypad w Alpy. Odzyskane z katalogu /home/.../old/, gdzie oprócz (moich) prac, czyichś książek/publikacji itp. i poczty z lat 2002-13 gnieździły się dwie wersje strony domowej z fuw. Chlip... Komentarze na czerwono, całość bez cenzury. Wstyd trochę, ale kto w młodości głupim nie był, ten na starość nie zmądrzeje, jak pouczali muzycy w połowie lat 90.

Mam to szczęście, że parę razy byłem w Austrii na nartach. Wyjazd do Stubaitalu i lodowiec pozostawiły mnóstwo miłych wspomnień, i oczywiście niedosyt (tylko 5 dni jazdy!). Jednak kiedy rodzice zapowiedzieli wyjazd do Stubaitalu latem, od razu zażądałem wzięcia roweru. Koła do środka samochodu, rama na bagażnik i już. Góry są dostępne dla rowerzysty od 900 m (początek doliny) do ponad 1700 m npm. Oczywiście taka jazda jest bardziej męcząca niż na szosie, po prostu stromizna jest większa, ale wysiłek opłaca się.

W ten sposób podjechałem z Fulpmes (>900 m) do Pfarrahalm (~1750 m), a po zejściu jakichś 100 m zacząłem włazić na przełęcz Halsl (~1900 m) (wspinaczka [as if] z rowerem na plecach to nic przyjemnego; nie polecam, chyba, że ktoś wymyśli sposób na siodełko wpijające się w plecy - ja zastosowałem bluzę, ale i tak było to dość bolesne przeżycie). Z przełęczy trzeba było zejść z rowerem na ramieniu (i duszą) jakieś 400 m w dół, do ośrodka narciarskiego Axamer Lizum. Stamtąd, już w deszczu, szybki zjazd do Wipptal i podjazd do domu (Mieders).
Dzień wcześniej pojechałem do Mutterbergalm (~1750 m), czyli dolnej stacji wyciągów narciarskich. Ciekawe, że dopiero trzeciego dnia zauważyłem, jakie niebezpieczeństwo grozi rowerzyście w czasie szybkich zjazdów. Otóż po jakichś 600 m "szusu" i paru beztroskich hamowaniach, z ciekawością dotknąłem obręczy koła. Oparzyłem się, a woda z bidonu wylana na obręcz szybko zawrzała i tyle ją widziałem... [fizykę się studiowało?]
Kolejny dzień spędziłem w sąsiedniej dolinie, Ötztal. Rodzice podwieźli mnie do Sölden (~1350 m), a sami poszli w góry wychodząc z Umhausen (30 km w dół od Sölden). Z Sölden można dostać się na wysokość około 2800 m (szosą, Ötztaler Gletscherstrasse) i właśnie tam zamierzałem dotrzeć. Podjazd był morderczy, nachylenie drogi cały czas ok. 13%. Na samym początku, podczas krótkiego postoju, wyjąłem aparat z plecaka i zacząłem komponować zdjęcie przeciwległej części doliny. Przeszkodził mi w tym jakiś zabłąkany byczek. Nie wiem, co smacznego znalazł w błotnikach mojego roweru... Po tym, jak ruszyłem, szedł za mną jeszcze kilkaset metrów, aż do stacji opłat (droga ta jest płatna, ale na szczęście rowerzyści jeżdżą za darmo. Znaku zakazu wstępu dla byków nie było, ale na szczęście został).
[byczek z tekstu]
[owce zalegają; jeśli dobrze pamiętam, wyretuszowałem "zacieki" na jezdni, zapewne powstałe wskutek nieopanowania kuwety przez owce.]

[świstak :)]



 

Później, gdzieś na dwutysięcznym metrze smarowałem łańcuch - dziękuję firmie NIVEA za mleczko do opalania z filtrem 26 - doskonale się do tego celu nadawało. [idź i nie grzesz więcej...]

Jeszcze prawie 400 m do góry i byłem na miejscu, czyli przy wyciągach narciarskich, na wysokości około 2700 m. Zrezygnowałem z dalszej jazdy, chyba przez głód - kanapki i całą czekoladę zjadłem w czasie wjazdu. Dotarłem tylko do tunelu i stamtąd sfotografowałem Rettenbachtal i szosę, którą podjeżdżałem.

[to właśnie ta szosa i widok znad Soelden]


W czasie zjazdu zaczęły się kłopoty - po prostu w pewnym momencie, po mocnym hamowaniu, poczułem "paloną oponę", na której wyskoczył pokaźnych rozmiarów bąbel. Jakoś tam zjechałem, ale 30 km do Umhausen zeszło na strachu, czy przypadkiem tej oponie nie przyjdzie na myśl do końca się rozpirzyć.

 


Podróż pierwsza [bez fotoaparatu]
Tuż po powrocie z Austrii i po kilku dniach wgapiania się w mapy zdecydowałem się na ponowny wyjazd w Alpy. 27 lipca wysiadłem z rowerem z autobusu w Genewie i pojechałem. Pierwszą noc spędziłem w Thonon-les-Bains, nic ciekawego. Następnego dnia wjechałem już do doliny Rodanu i po 120 km zatrzymałem się w Sierre.

Nazajutrz miałem małą pokusę, żeby skręcić z Visp na południe do Zermattu i obejrzeć Matterhorn, ale dałem spokój. Tego dnia z Sierre (~550 m) podjechałem na Furkapass (2437 m) i zjechałem do Realp (~1500 m), przejeżdżając ponad 120 km. Naprawdę wykańczające, wtedy to oduczyłem się jedzenia czekolady - tego dnia pochłonąłem jej ponad 400 g. Na dodatek tuż przed przed campingiem wyleciało mi kółko z przerzutki, po prostu się rozkręciła. W nocy miałem potężną gorączkę, nie wiedziałem, gdzie jestem.

Rano jacyś mili ludzie zwieźli mnie i rower do Andermattu (1440 m), kupiłem tę brakującą część i po śniadaniu zacząłem wjazd na Oberalppass (2040 m). Dalej był dość długi zjazd, a w Ilanz dość nieprzyjemna niespodzianka: do Flims, gdzie spodziewałem się campingu, należało podjechać, jakieś 300 m w górę... Niespodzianka dlatego, że nie miałem przy sobie mapy (zostawiłem ją w autobusie, w końcu coś musiałem zostawić!), a trasę znałem na pamięć.

Dopiero następnego dnia, w Chur, kupiłem mapę, po czym wreszcie znalazłem drogę na Tiefencastel. Kłopot w tym, że prowadziła ona przez przełęcz, więc podjechałem 1000 m, powietrze stoi, pełne słońce... Oczywiście w czasie zjazdu ktoś wyjechał z boku i musiałem całą swoją prędkość umieścić w klockach, a raczej w obręczach kół. Bąbelek na oponie... i tak miałem szczęście, że nie pękła. Z Tiefencastel wspiąłem się do Davos (700 m w górę).

Rano chciałem kupić oponę, ale był akurat 1 sierpnia (święto państwowe). Oponę znalazłem w jedynym otwartym sklepie sportowym, ale 40CHF to trochę za dużo. Pojechałem więc na tej wybąblowanej. Najpierw 800 m w górę na Flüelapass (2383 m), potem spokojnie w dół, wzdłuż Innu do Pfunds (Austria).

W Pfunds zatrzymałem się na dwa dni - trzeba było zmienić oponę i trochę oczyścić łańcuch i przyległości. Dalej pojechałem wzdłuż Innu - przez Landeck, Imst i Innbruck i skręciłem do Zillertalu. Po prawie 170 km zatrzymałem się w Zell am Ziller.

Rano czekał mnie ostatni duży podjazd, ok. 1000 m w górę, na Gerlospass. Niestety, już poprzedniego dnia zanosiło się na deszcz i rzeczywiście, padało nieźle, w czasie zjazdu ma to jednak swoje dobre strony - nie trzeba tak bardzo uważać na hamulce. Do dzisiaj zagadką pozostaje fakt, że miałem mokre buty, mimo, że "ubrałem" je w reklamówki. Złośliwość rzeczy martwych... Dojechałem do Hollersbach - niewielkiej mieściny, 37 km przed Zell am See. Wszystko było tak mokre, że trzeba było spędzić tam dwie noce. Nazajutrz rano (niedziela) nie miałem nic do żarcia, sklepy zamknięte, wiec pojechałem do Mittersill (parę km). Wróciłem jeszcze bardziej głodny i zły, wszystko nieczynne! Po zjedzeniu paru jabłek (prosto z drzewa - kto lubi jabłka na początku sierpnia?) zacząłem szukać jakiejś knajpy i znalazłem... Dobre było.

Kolejny dzień był raczej mało ciekawy, jeśli nie liczyć jazdy w klapkach (buty ciągle się suszyły). Po 120 km dotarłem do Schladming.

Dalej naprawdę było tak sobie - znowu ponad 100 km, campingów jak na lekarstwo, a ten, na którym nocowałem był położony niedaleko pól kukurydzianych, także ledwo zasnąłem. Zapach ten jest daleki od zwykłego, dochodzącego z pola. To coś znacznie gorszego, głowa od tego boli.

No a jeszcze dalej było jeszcze bardziej tak sobie - jakoś wygrzebałem się z tego zadupia, pojechałem do Linzu. Krążyłem chyba z godzinę, nie mogąc znaleźć drogi na Freistadt, dopiero potem przypomniałem sobie, że mam plany miast w swoim atlasie i po pół godzinie wszystko było ok. Droga była bardzo nieprzyjemna, od Dunaju pięła się w górę, zaczęły zbierać się chmurki, z których, 5 minut po tym jak wjechałem na camping, zaczął padać deszcz.

Rano wszystko było w porządku z pogodą, pojechałem więc spokojnie w kierunku granicy. Na pagórku przed granicą spotkałem dwóch rodaków. Czekali na kolegów, którzy, jak się okazało, czekali na nich na granicy, popijając piwo (sklep bezcłowy - trzeba skorzystać; ja poprzestałem na wydaniu resztki metalowych szylingów na czekoladę). A potem Czechy... W sumie wyszło tego ponad 170 km jazdy, coś okropnego. Nie znalazlem campingu, wiec nie rozbijając namiotu (po co? przecież niebo jest gwiaździste!) zasnąłem sobie, ale...

...następnego dnia obudził mnie deszcz... Oczywiście szybko wszystko zwinąłem i ruszyłem, a lało tak mocno, że co kwadrans zatrzymywałem się żeby wycisnąć wodę z koszulki. Całemu światu się dostało, dawno nie pamiętam siebie tak wściekłego. Jechałem na coli i kawie, od stacji beznynowej do następnej. Średnia przyjemność... Dojechałem do Kudowy, a następnego dnia przyjechali rodzice. Nie chciałem się pchać po polskich drogach. W tym kraju część szos prowadzi prosto na cmentarz...

[na 100% w xfig, bardzo profesjonalnie wygląda; później przerzuciłem się na gnuplota]



Saturday, 18 January 2025

wiosna idzie

Właśnie. Udało się pojeździć - do Gassów i z powrotem, nawet z dwiema górkami, w tym prawdziwie alpejsko serpentyno do okolic Słomczyna. No a druga to do Konstancina tylko. Wiało nieco, ale kudy temu do wichrów w dol. Rodanu, Aosty czy Maurienne. Że nie wspomnę łaskawie o serpentynach i ich ciągowości albo braku.

Byle do lata...

Ze zwierzaków zanotowano dwa lecące łabędzie i kota w polu. Czarny, z biało kropko pod szyjo. Bardzo zacny, jak to kot wincy.

Friday, 26 July 2024

Wywczas 2024

- O, pana poproszę... Pan podchodzi sobie do tej listy i pan sobie szuka na tej liście, czy pan jest, i ja pochodzę wtedy do pana i pytam pana, czy pan jest zadowolony, a pan mi mówi: oczywiście, że pan jest zadowolony... I ja wtedy panu dziękuję, rozumiemy się? Dobrze, no to proszę, zróbcie państwo miejsce, pan jeszcze raz podejdzie... Siteczko, panowie! Uwaga... Możemy? Proszę, proszę, niech pan podchodzi... Kamera!
- Poszła!
- Przepraszam bardzo, czy pan jest zadowolony?
- Nie.
- Stop. Dlaczego? Co się stało?
- No bo nie ma mnie na liście.
- A cóż to panu szkodzi powiedzieć, że pan jest zadowolony?
- No, niby mogę...
- Hehe, rozumiemy się, uwaga! Panowie, jeszcze raz... Uwaga, uwaga, z paluszkiem... Jeszcze raz, kamera!
- Poszła!
- Przepraszam pana bardzo, czy pan jest zadowolony?
- Tak szczerze panu redaktorowi powiem, no, jestem bardzo zadowolony...



Takoż na wakacjulu bydło, gdyż pirszy raz od żylnych problemów pod kolankiem udało się zrobić tzw. progres — cyfra żarła, a cyfra wszak najważniejsza. Pogoda żarła istotnie mniej.
 
1. Kolejny raz bez przysłowiowego pudła przeprawa z granicy za Wiedeń. Ba, z jedno przesiadko, bez tych dwuminutówek z bieganiem w Choceniu czy Ceskej Skalicy. Wyjazd z Wiener Neustadt jak zwykle spieprzyłem i krążyłem jak głupi — chyba przez pomyłkę północy z południem. Tak czy siak, do Rohr (rura po ichniemu) wyszło mimo gorącu afrykanerskiego. I przekimałem, gdzie rok temuj, pod mostem.

2. Stamtąd przez dwie koszmarkowate przełączki, Ochssattel i Gscheid, koszmarkowatość drugiej znana od 2016, już trzeci raz się tamoj tarzałem. Kawałek do Mariazell, chwila oddychu i na dół na południe. Tj. do Gusswerk. Nawet sklep niby nieczynny staje się czynny, bo jest otwieranie drzwi karto i samodzielne zakupy. Gorąco, ale wpycham obiad i Drang nach Westen, przez Wildalpen. Potem zjazd do Enns i gorączkowe cokolwiek szukanie miejsca na noclegownię, a późno było i kawałkami stromawo. Za Hieflau podjechałem kawałek, ale niwuja na rozsądne rozbicie się nie znalazłem, zanurkowawszy pod wiadukt. Więc w dół z powrotem; w okolicy dworca niczego nie wypatrzyłem i przy dopływie z jakiejś spiętrzalni czy czegoś takiego, pod wiaduktem kolejowym, za przęsłem. Przęsło oblazłem ze strony krzaków, żeby nie przechodzić — wbrew zakazowi — na teren budowy. Legal. Wszystko pięknie, oprócz pokrzyw, jeżyn itp. w pakiecie: strome zejście do wody, trudno dźwigać wszystko na raz — ubranka po praniu, dokumenty, kasę, bidon na "wodę przemysłową" itp. I owady wieczorem, i gorąc.

3. Następny dzień krótkawy — do Stein and der Enss ino, upał w trzy dupy, a na niebie zalega coś, co groziło burzo, ale później okazało się być nawianym znad Sahary piachem. Pyłem znaczy się. Z sukcesów: okulary zostawiłem na kamieniu po umyciu organizmu, a później ktoś wyżej śluzę roztworzył i poziom wody się podniósł, i polazłem szukać, bo przypomniałem se, że zostawiłem, no i na dnie były, za kamolem. Woda po kolano i wartka, więc nie w kij ani kaszę dmuchał — słowem, nie pierwszy i nie ostatni raz szczęścia więcej niż rozumu.

4. Z racji zapylenia powietrza rest. W tym fatalnie stroma wycieczka do Groebming, gdzie nigdy nie byłem. No bo to nie w głównej dolinie jest, ale za takim garbem jakby, w sensie. Nawet w sprawie powrotu ze sklepu zniesłem jajo, bo — w ramach łatwizny — zacząłem zjazd prosto w dół, ale po paru ładnych kilometrach wyszło mie, że lepiej wrócić i podpedalić pod górkę i zjechać. W nocy niesamowity Księżyc — ledwo bladoszary — za tym pyłem.

5. Wczesny wyjazd, no i Soelkpass, bez zatrzymań. Stromo i zadyszki można dostać. Za Murau obiadek i decyzja, że na lewo za pierwszym odjazdem, czyli przez Flattnitz; łatwiej niż przez Turrach. No i dupnęło z niebios, a ja akurat przy wiaduktu. Organizatorzy agroturystyki podstawili, w końcu płacę i wymagam. A tu panie trzynasta na zegarze, pora walnąć po... tj. jechać dalej, ale nijak nie ma jak, bo zlewa straszliwa i burza napierdala. No więc pod wiaduktem obóz, mycie w zlewie i podziwianie tego, jak ten deszcz nakrapia w powierzchnię akwenu przed zaporo. Po zaporze ludzie łażo, bo to takie ciekawe, więc na absolutnego waleta nie wypada się przechadzać, żeby ludzi nie gorszyć. W nocy też niespokojnie.

6. Rano jeszcze tak sobie, ale szosa w większości sucha i da się zacząć, ale późnawo. Resztówka podjazdu (łagodnie i nisko) i przepchanie się, miejscami z letkim pokapywaniem i groźbo zlewy, za Villach, do standardowej od lat miejscówki.

7. Bez restu, dalej na zachód i jak rok temu — przez przełączkę blisko Kreuzberg i do Lienz na koniec. Końcówka drogi pod letki wiater, co powoduje niejaki wnerw. Pogoda jako tako trzyma, ale z Dolomitów złażą chmurwy.

8. Spakowałem się z rańca, w te pędy na śniadanie do markietu, ale widać, że z zachodu i południa chmury i opad ciągnie. Zamelinowałem się w zacnej kawiarni, a pojazd i dobytek bezczelnie pod daszek apteki naprzeciwko wetkłem. W kawiarni strudel, cola i kawa i ładowanie tego i owego. Za prąd trza płacić. Po względnym wyschnięciu tego i owego z powrotem do obozu, cholera — znów czytelnictwo w świetlicy, kąpiel x 2 itp. pierdoły. I spacer do resztek jakichś rzymskich instalacji.

9. Rano względny klar na niebie, więc w długą do Defereggen i w miarę sprawnie i bez stopu pod Stallersattel. Ba, nawet wycyrklowane tak, żeby za kilka minut pojechać, a jeździ się przecie co kwadrans. Zjazd — jak w 2018 — z poczuciem, że to należy robić wspak, wtedy jest osiąg. Piekielnie strome odcinki po prostym, 80 km/h prawie za darmochę. I od zachodu znów gonią deszczowe chmurzyska, więc ciś, napieraj. W Brunico poczucie niedojedzenia straszliwe, zatem napad na sklep i wyżerka, w tym da się zachlać tanie Tabasco. Bardzo zacnie pali. Jeszcze kawałek do 2-3 razy nocowanego miejsca w St Lorenzen, które wcześniej źle nazywałem jako Zwischenwasser. ("Przepraszam bardzo, omyliłem się..." — Piasecki i kolega, "Lekcja".) Stolik nieco sfatygowany, jedna z ław przebutwiała i resztki leżo w krzokach.

10. Jakaś niechęć dopada, ale w miarę spokojnie do Stern (to tam, gdzie lepiej nie chlać wody z rzeki) i po żarciu — w ramach odpędzania niechęci — Valparola na lekko, tj. po stanięciu polisz-kempu pod przejazdem wśród rupieci. Czas przyzwoity, nieco ponad godzinę. Na poboczu spotkana żmija zygzakowata szt. 1. Pogoda lepsza. Oczy swędzą, ale czytam zajadle, ocierając.

11. Nazajutrz konflikt planów z przewidywanymi możliwościami, no bo na Fedaia chciałem, się poprawić że niby; ale to korba potworna, a i z południa dalej sine kłęby nadciągają. Walkower.
Lewe oko prawie nieczynne, swędzi, piecze i łzawi, więc jadę na jednym; nieprzyjemnie. Bez ociągania się zrobiona Gardena i wytrwale w dół, do spiekoty w Bolzano. Tam obiad i poczucie, że jak się nie ruszę, to zdechnę, jak parę lat temu, kiedy z Lavazzo się zwiezłem. No więc do Meranu w te pędy, ale poty siódme się leją przez pory w tapicerce. Co ileś przystanek na chlańsko, a siknąć nijak nie ma chęci. W Meranie jak zwykle krążenie, ale jak na tzw. optykę się zlokalizuje właściwo dolinę, to idzie. Ścieżko do góry i cyk — pierwsze pięterko Vinschgau. Chłodniej. I dalej spokojnie z wiatrem w plery i śledząc czujnie pogodu, bo źle cały czas cholera wygląda i zaczyna kropić. Ale dobrze, bo tymczasowy daszek jest — jakiś opuszczony bar; Goldrain. I na dodatek drzwi po odsunięciu zasuwki puszczają. W środku burdel jak nieszczęście, rozwałka i śmieci i aromat pomieszczenia taki se. A do kąpieli prawie kilometr — podjechać z kilometr, wymyć się, wrócić i spać. Zdanżam przed opadem.

12. Niedziela. Marne 20 km z ogonkiem do Prato, za ruiny czegoś-tam, naprzeciwko elektrowni, gdzie obozowanie straciło swój urok sezon-dwa temu, bo dmuchawę diabli wzięli przy przebudowie. Obóz, zakupy, zlewa, żarcie, czytanie...

13. Rest. Higiena przy lokalnym potoku w resztkach deszczu i wśród mokrych drzew, wycieczka do kąpieli w jakimś rowie, zapewne oddzielonym od Adige, stamtąd pedałunek na bosaka z powrotem, zakupy, wyżerka, czyszczenie napędu, zlewa, czytanie, montaż i oliwienie napędu, wyżerka, czytanie, sen.

14. No-oo... ("Jesteś pan... zbiorem molekuł!") — po zwinięciu się i zrzuceniu ładunku start i Stelvio w 2h30m, czyli 10 m więcej niż w szczycie formy (2017-18). Rzecz jasna bez zbędnego tykania obuwiami asfaltu po drodze. "Brrrawo Jasiu!" Po drodze jeden świstak w pozycji stojącej, wydający dźwięki ostrzegawcze. Na górze zimno jak nieszczęście, jakieś 5-6 stopni, północne stoki praktycznie całe w śniegu. Ruchy, po pizzy i coli ma się rozumieć. Drgawek nie ma, ale łapawice założone jak się patrzy. Jak się nie patrzy też. W Bormio zdążam na ostatnie 3 minutki czynności sklepu, jakieś podręczne kalorie wciągam i jeszcze na chwilę na górkę do miasteczka, coby czepek, kask i zgrzebną koszulę przeprać, tudzież bidony uzupełnić i nachlać się. I w dół, panie tego... Lekko wieje w ryj, ale nie ma się co mazgaić. W Villa di Tirano wyszukuję podchodzące miejsce na nocziowkę i zaczynam węszyć za kąpielą. A zejść oficjalnych do Addy nie ma niby. Nagle ("WTEM!") podjeżdża gość pod dom, za którym zostawiłem bety i zaczyna się kręcić — stwierdziłem, że lepiej się opowiedzieć i spytać, czy noc razy 1 można spędzić na trawniku... Można. Choć raczej rowera & co. nie zauważył. Dobra. Kąpiel — pod mostkiem kolejowym. Trzeba nieco zspiąć w dół, dbając o kolejność przenoszenia rzeczy i żeby nic nie wpadło w nurt. Samo zejście też niczego sobie — oglonione kamole. Wyjście z wody też lekko nerwowe — płytkiej dwójki trza się wiarygodnie przytrzymać i zabalansować. Chmury znad Berniny i okolic suną, ale nie pada. Przenoszę się do zdezelowanej przyczepy camp., w środku m. in. pudełko z kreatyną. Prochu nie jadam, jestem uczciwym sportowcem. Żarcie, czytanie, utrata przytomności.

15. Niechęć... Wredne chmury, a wg prognoz na przełęczy 6 stopni. Więc do miasteczka po prowiant, powrót i schemat wiadomy. Lekko kropi, ale niewyraźnie. W nocy przez chwilę wyraźniej.

16. Wypadało się, dziadowstwo. Śniadanko i w drogie, nie było mnie tu od 2017 chyba. Dwa stopy po drodze — jeden w miejscu długim i poziomym, możnaby nie liczyć, drugi z racji czerwonego światła i ruchu jednostronnego. Ale i tak bym dojechał w ciągu, kto nie wierzy, kij mu w szprychy. 2h45m. Jak dla mnie nieźle. Zwózka do Pontresiny pod wiatr, obiadek i na zachód. Przegapiony odjazd na Julierpass, bo oznakowany jest odjazd przez tunel, a więc rowerom zakaz. No a żeby na legalu wjechać, trzeba wiedzieć, że do Silvaplany trza się udać. Trudno — starymi, przetartymi ścieżkami przez niby-przełęcz Maloja. I daleko w dół, aż za miejscówkę, z której tak ładnie Badile widać. Kąpiel w warunkach luksusowych i nocleg dogadany z managementem fermy z kozami. Mondraki te zwierzaki, jak się człowiek zbliża, to pobekują i zaczynają się niepokoić. A much od jasnej cholery, obłażą wszystko, ale przynajmniej jest cień. Grozi opad, ale nie pada.

17. No i trzeci udany dzień — spadunek do Chiavenny i stamtąd Spluga w czasie o minutę lepszym niż 6 lat temu. Ha. 2h35m. Pewnie dzięki znów nieprzesadnej temperaturze, zwykle bywał tam cholerny piekarnik. Spluegen i na spokojnie do Thusis, obiadopodwieczorek zapoznawczy i spokojnie pod górkę do Tiefencastel. Chyba w 2016 tam kimałem i tak samo gałęzie brzózek przeszkadzały w zlezieniu do wody. Pretensji od spacerowiczów z pieskami zero.

18. No i czwarty udany dzień, przeciągnięta "na raz" od Berguen Albulapass w godzinę i kwadrans. Jednak pamięci do stromizn nie mam, a właśnie w 2016 zdawało się to nagle takim osiągnięciem... No i głupio jednak, bo solidny "w ciągu" podjazd należy zacząć wcześniej. Po zjeździe do La Punt długo i żmudnie w dół, do Ried. Z tyłu chmury i chyba deszcz. Deski sprzed roku na swoim miejscu!
Inn niesie wszystko — to piłka, to butelka, i od cholery drzew. Okorowane przez podróż rzeką, nie żadne tam spłukanie składu pociętego drewna. Żywioł taki, że zgroza bierze.

19. Niedziela. Rest, leje. W nocy też, i poziom wody w Innie podniósł się okrutnie, a w potoku, który wieczorem posłużył do higieny organizmu, prawie pół metra wyżej. Drugie tyle i dojście do desek będzie zagrożone. Rano wciągam trzy banany, które miały być na start. Tualeta poranna w deszczu, chyba trzeci raz w życiu — nie lubię, jak mi pada na plery i łeb. Z powrotem na górkę i czytać, ew. przysypiać... Około południa głód wygania na pieszą wycieczkę do stacji benzynowej, bo wszystko zamknięte. Kawałek podejścia nielegalnie, bo stacja przy drodze ekspresowej, ale xuj tam. Drogo. W drodze powrotnej pizza u Turka. A za 5h druga. Szerokim gestem; wracam obżarty, jakiś czas spaceruję nad rzeką, która zaczyna zapełniać jakieś awaryjne zbiorniki. A wieczorem pojawiają się strażacy i uprzejmie każą się zwijać, bo ni cholery nikt nie wie, ile jeszcze skoczy ten stan wody, w sensie do góry. 8 km pedałowania, po drodze camping na drugim brzegu, któremu nie brakuje 0.5 m do totalnego zalania. Stop pod Fliess, tam jakiś przystanek wyraźnie zamieniony na śmietnik. Można spać wśród śmieci, jak kto ceni dach nad głowo.

20. Z rańca szybko do Landeck, tam lekko kropi, ale przestaje jak na zawołanie. Środek doliny z niebieskim niebem, wszystko po bokach, zwłaszcza od południa, zajęte. Odpuszczam Oetztal i w Innsbrucku Brenner. Czyli szansy na danie nurka w Dolomity się pozbawiam. Ech, samołozowanie, jak nic... Zatem dalej — do Zillertalu, a tam czysto. Tunelem, parę km beznadziejnie zasamochodowioną szosą i ścieżkami nieco ponad 10 km przed Zell am Ziller łapię zacny obóz pod wiaduktem i z dostępem do wody, lekko krępującym, bo z drugiej strony widać. No i wuj.

21. Szybko do Zell i pod Gerlos, na której byłem tylko dwa razy — w 2001 i 19. Podjazdu od zachodu nie pamiętam za cholerę, zwłaszcza długaśnego odcinka praktycznie po poziomicy. Dojmująco stromy początek, pot zalewa. Po szczytowaniu chwila na zeżarcie zapasu czipsów i w dół, Pinzgau to się nazywa — zabawnie. Lekko wieje w ryj, gorąco jak diabli, ale ciągnę aż do Bruck, z zamiarem na po-następny dzień wiadomym — Hochtor od północy "na raz". Do sklepa zdążam, ino obóz robię w miejscu delikatnie mówiąc niewystarczającym, jeśli rozchodzi się o zasady tzw. konspiracji.

22. Rest. Upał jak cholera, na szczęście do rzeczki parę metrów. Drzewa nie wystarczają, więc prokuruję cień z kawałka blachy falistej, ale że czarna, to i tak sieje w plecy i w bok. A i słońce od góry łeb przysmaża; załamka. Wieczorem zbiera się wiadomo co. Toteż bunkruję rower pod blachą, zgiąwszy uprzednio siłą nadeptu i bicepsa, a samemu wczołguję się ("nogami do przodu") do wywalonych tam stalowych mebli; nie tyle kuchennych, co punkto-gastronomicznych. Słabo, że na rozprostowanie ciała nie ma miejsca, ale wybrzydzać nie będę. Burza, zlewa, grad, wicher, na szczęście przez 95% czasu wieje w dobrą stronę, a przez pozostałe 5% należy chronić dobytek przed zmoknięciem, wystawiając łydki i dłonie do otworów po szufladach, których brak. Drzwi poziomo zasuwane niżej na szczęście szczelne. Tylko odlać się z takiego miejsca i w takiej pozycji nader trudno, ale potrzeba matką wynalazków.

23. 5:30. Niebo dalej zawalone, szybko zrzucić gruz, spakować sprzęt i chodu — na stację. Za 10 siódma odjeżdżam i chyba zaczyna się przecierać. Xuj, za rok zrobię... O 23:00 ląduję w Mezimesti, cokolwiek wypruty, i z ulgą stwierdzam, że wszystko mokre. Kakao z automatu i do snu, a o 4:30 rano zbieram się do jazdy...

Chciałem zaznaczyć, że liczba spotkanych świstaków nie spełniła moich oczekiwań. Na następny rok nagonkę poproszę o przygotowanie przynajmniej pięciu sztuk, w tym dwóch fotogenicznych. Dziękuję z góry (ok. 100 m npm).

Całość prawie 1600 km.
 
Przeczytane 3 książeczki śpików — M. Falińskiego, 1 Kafira i 1 Severskiego (ten pl. Senacki, nareszcie bez sajensfikszyn) i 3 też tego Wincentego dawniej przeczytane, ale drugi raz. Dla upewnienia się, że nic nie przegapione.

Nauczka: jak na początku się oszczędnie gospodaruje najlżejszym biegiem, później dzieje się dobrze, jeśli chodzi o siłę. ("Miej tyle siły, żeby inni myśleli, że to technika".)

Monday, 24 July 2023

krótki wywczas

W skrócie - padało i to dotkliwie.

1. Nocka w Mezimesti jak zwykle,

2. Ceske drahy do Wiener Neustadt jak zwykle,

3. Stamtąd do Gloggnitz i w lewo, a już w połowie drogi burza; na szczęście zdążyłem awaryjnie pod mostek dokonać obmycia organizmu i zadekowałem się na przystanku postbusa. Po krótkim przejaśnieniu ("podkurwiacz" - tak na to mawialiśmy w skałach) udało się jedynie zmienić przystanek - na położony wyżej, co należy uznać za sukces. Lektura, chipsy, woda, sen. Z domu naprzeciwko zjawił się życzliwy pan w wieku ca. 80 i zaczął zachęcać do hotelu - jest rzekomo niżej. Spadać nie kazał; próbowałem szprychać, że czekam na przejście burzy. No to przy pierwszym okienku trochę w górę, ale okienko cokolwiek zdradliwe - od razu zaczęło solidnie walić, więc w Trattenbach myk pod daszek, na większy kwadrans. Chodzenie w te i wewte, wyglądanie, skąd też idą chmury i czy się aby nie kończą. Jeszcze trochę do góry i kolejny przystanek. Kima.

4. Rano w porządku. Trochę pod górkę i długo w dół, do Birkfeld. Tam żarło i nieznana przełączka w kierunku na zachód. Plątanina szos, żadna nie daje na południowy zachód, a przez Graz nie chciałem po raz kolejny. Zjazd przez Semriach, próba zakiblowania - nijak, odlać się nie idzie, dziesiątki komarów tną, więc dalej - do Gratwein. Tam kolacja i wybitnie podłe miejsce do snu, przy stosie drewna. Gorąco jak nieszczęście, komary, meszki itp. towarzystwo. Zgroza.

5. Koszmarna jeśli chodzi o kształt na mapie i żar z nieba przeprawa do Koeflach. Długo śmierdziało burzą, a na podjeździe na Packsattel walnęło i lało kilka grubych godzin. Trza było sklecić daszek za czyimś składzikiem drewna - kapało po kłodach nieźle. Na koniec, żeby nie pogięło człeka zupełnie czy żeby się nie stoczył jeszcze niżej, należało odwalić roboty ziemne - splantować cokolwiek teren pod spanie. Zaraza i pech, cholera.

6. Rano w miarę raźno w górę, zakupy w miasteczku o jakże wdzięcznej nazwie Edelschrott i z ostrzeżeniami (pojedyncze krople i grożące chmurzydła) przedostaję się na szczyt. Zacna wysokość - ledwie ponad tysięczny metr. Po kawałku zjazdu miejsce, które znam sprzed 5 lat - z Hebalpe tam się dojeżdżało. Nieco na północ, żarło w St Leonhard i pcham się pod Klippitztoerl, też znaną. Przeszło już bez stopu, z wysiłkiem, bo stromawo i serpentyn jak na lekarstwo. Na górze łagodniej. Później w długą i wytrwale na południowy zachód. Ba, z akcentem pomocowym - mianowicie w stanie nażarcia i strzału cukru i polepszającej się pogody robiłem za rozcinacza powietrza jednemu półzawodnikowi, bo cienko niestety prządł. Skręcał później do Gurktal i podziękował i jakoś dodało mnie to mocy i otuchy i wiary w ludzi. Może typ robił jakiś trening na głodno, kto ich tam wie, trenujących. Ossiacher See biorę tym razem od północy, bo od południa jest to męka (drobne podjazdy, zjazdy, ścieżki rowerowe, w Villach łatwo się pogubić), i melduję się w stałej już miejscówce przy śluzie (tzn. urządzeniu do spuszczania wody, nie mylić ze spłuczką, a nie przy śluzie np. od ślimaka). 

5. Rest - niedziela - wszystko (na tyle, na ile sprawdziłem) w Villach zamknięte. Katolicy, kuria nać. No to McD, drożyzna kosmiczna i jakieś szczątki żarcia na stacji benzynowej (jeszcze bardziej kosmiczna drożyzna i na dodatek drogo). Łańcuch podsmarowany, susząca się na balustradce koszulka wleciała w śluzę - pognałem do bajora po drugiej stronie i z pomocą gałęzi odzyskałem mienie. Nie bedo mnie tu z krwawicy okradały, gorze!

6. Dziwny dzień - po pierwsze w stronę od Villach, chyba w Arnoldstein, jednak był markiet czynny w niedzielę. O, głupoto i naiwności... Swojo szoso - co za logika? Centrum handlowe wielkości przesadnej zamknięte na cztery spusty, wszystkie sklepy w rozsądnym zasięgu też, a parę km dalej coś tam otwarte. No to będę pamiętał. Stówka kilometrów do Lienz, ale przez oślą przełączkę Kreuzberg. Znów komuś się na mapie stromizny pomyliły - tj. stromo było, ze 12-13%, ale na zjeździe dużo stromiej, z 15, na granicy niemożliwości wyhamowania do zera bez upalenia ogumień. W dol. Dravy szybki przekąs i cokolwiek rutynowy dojazd do Lienz. Miejscówka ta, co rok temu - tymczasem ktoś rozpierdolił w driebiezgi resztki instalacji pt. hopki dla rowerów. Dechy i śruby sterczo. Na szczęście dyszczu nic nie zapowiadało. Reszta dnia - kąpiel x 2, picie, żarcie, obserwacja myszy w gnieździe itp.

7. Dzień konia, czyli niepotrzebne zwycięstwa - pod górkę mozolnie do Toblach i stamtąd po uzupełnieniu kalorii objazd do Cortiny - dwie przełączki od wschodu. Później nieznalezienie sklepu (gdzieś przecież kurwa musi być, i chyba kiedyś robiłem tam zakupy), ale ok. czwartej dałem za wygraną i po zeżarciu reszty czegoś tam z kukurydzy i zagryzce z czekoladki nadepnąłem na za przeproszeniem pedały i pogoniłem w górę. Nie pamiętam z całej kariery tak niepewnego pogodowo podjazdu, oczywiście z czasów pokurierskich, charakteryzujących się hydrofobią na poziomie straszliwym. Z Falzarego od razu w prawo na Valparola i - sucho stopo i kurtko i sprzętem - z górki do Stern. A tam otwarty sklep, panie! Zeżarłem to i owo, zawiadomiłem dom, że ok, i do miejscówki - pod mostek.

8. Coś musiało zaszkodzić. 5. rano - diarrhea jak stąd do Władywostoku. Dalej sen. Żołądek sugerował nieprzesadnie, że warto walnąć pawia, ale jest taki sposób - głęboko oddychać - żeby zapobiec temu pawiu. Niby wyjechać, niby śniadanie, ale wyraźnie czymś się strułem. Przespałem pół dnia, półprzytomny polazłem do wioski na kawę i chyba wyglądałem nieszczególnie, aż pani kielnerka się zaniepokoiła. Dobrze, że tiramisu nie zwróciłem na miejscu, cokolwiek drożdżami mnie zajeżdżało. Sklep, powrót do bajzlu, żarcie - nawet z jakimś tam apetytem. Cola na żołądek.

9. Rano - sraka. Paso di Gardena i Sella do kompletu. Spadam do Canazei, do zabiegałowki z pizzo - nażarłem się pod korek i następne -dziesiąt km czułem, że w kiszkach orkiestra wzdęta, ale gazy puszczać strach. Krzoki - sraka... Podklepałem pod niesamowicie niezobowiązującą przełączkę San Lugano, wziąłem kąpiel w miejscu, w którym rozważałem biwak, ale nie wyjszło (tj. nic oprócz sraki i kąpieli). Wobec tego z górki - do Auer. Tam zainstalowałem się nad rzeką, w kiepskim miejscu do spania (autostrada i most kolejowy w pobliżu - hałas okrutny). Przed snem - sraka 2x. Wredna rzecz ten układ trawienny, jak się rozreguluje... Aż "Nic śmiesznego" się przypomniało - "u niego to jest nerwowe...".

10. Zmarnowanie czy odwodnienie po srakach (choć pomny przygody z zatkano żyło piłem jak kto głupi i jak kto nie mniej głupi sikałem) zapowiadało katastrofę, ale jakoś po śniadaniu - po dość okrutnym podjeździe do centrum wioski Kaltern - wywindowałem się, z kilkakrotnymi przedyszkami, na Mendelpass. Groziło opadem i po kawałku szybkiego zjazdu podespałem i ostatecznie wylądowałem prawie w Dimaro, klnąc sposób poprowadzenia drogi wokół pn.-zach. krańca jeziora i wiatr. Raz czy drugi w Val di Sole, jak prawie wskazuje nazwa, zapowiadał się dyszcz, ale zaczęło kropić dopiero jak ulokowałem się pod dachem i to po kąpieli. W nocy okazało się, że pod matą jest kałuża - zrobiona z kałuży zrobionej z tego, co kapało z daszku. Więc przeniosłem się do pomieszczenia obok, z logotypem mamy przepieluchowującej bachora, a co tam, szerokim gestem. Beton suchy, najważniejsze.

11. Chałowy dzień, jak zwykle przy Paso del Tonale - na dole upał, na górze deszczyk, zwykle wjeżdżam tam w nastroju potępieńca. Ale wyszło w miarę na moje - sucho. W Ponte di Legno napad na sklep i instalacja w miejscówce.

12. Rest, mycie napędu, sklep, czytanie, kąpiel, golenie. Wyglądać trzeba przecież... Wieczorem i w nocy burza jak nieszczęście.

13. Paso di Gavia, jedna z ulubionych - dawno nie odwiedzałem. Od 3/4 podjazdu mgła jak mleko i okazjonalne kropienie. Rekordowy czas - równo 2 h. Cena za lajtowy napęd - 34:29, człowiek jest coraz starszy. A 5 lat temu poszło w nieco ponad 1.5 h. Po drugiej stronie zapowiedź armageddonu pogodowego, toteż na łeb na szyję do Bormio, byle pod dach i nie musieć motać tarpa w ścianie deszczu. Reszta dnia - sklep, żarcie, kręcenie się po okolicy i szukanie miejscówki na nocleg. Nijak nie wychodzi. W końcu most bodaj w P Chwilę grozi burza i taki wicher, że obsikałoby na bank, ale przejszło bokiem - głupi ma szczęście. Burza z daleka, podwójna tęcza i resztki mammatusów. Zacne.

14. Zestaw żelaznych przełęczy i półprzełęczy, żeby dostać się w okolice St Moritz. Od Livigno do końca podjazdu na Forcola di Livigno - wicher w ryj, ze 30 km/h i więcej. Zgroza. Ale przynajmniej potu wycierać z tego ryja nie trzeba, tylko sól krzepnie. Na ulubionym prostym kawałku zjazdu z Berniny wyszło 88 km/h, wiało w plery prawie do samego dołu. W Pontresinie zakup i oswojenie się ze szwajcarskimi cenami - nie tragedia... Gorzej z pogodą - z zachodu widać było, co nadciąga. Więc odpuściłem Julierpass i pogoniłem (z wiatrem - rekompensata) w dół. Z Albuli też ciągnął opad, więc dalej, dalej - Zernez. Znalazłem miejsce do zakiblowania, z zamiarem odczyszczenia kwestii Ofenpass od tej strony dnia następnego.

15. Tyle że dzień następny przyniósł jawny opad w tamtej okolicy, co spowodowało ostateczne wyłozowanie i ściganie się z chmurami w dół Innu. Taki suchar w nazwie hoteliku, nad St Moritz - "River's Inn". W Sush godzina przeczekiwania pod zamkniętym sklepem, później lepiej. Wylądowałem w Ried na jedynym w swoim rodzaju legowisku - stos desek pod wiaduktem, ze 2 m wysokości, ale łatwo i bezpiecznie wspinalny i zspinalny, przy odrobinie uwagi i instynktu samozachowawczego. Kąpiel w pakiecie - przy ujściu lokalnego strumyka do Innu.

16. W te pędy do Oetz, bo jeszcze jeden problem do rozwiązania pozostał sprzed lat 4 - Kuehtai w drugą stronę. Żar nieziemski, ale po zakupie prowiantu zacne miejsce znalazłem. Kąpiel w głównej rzece w dolinie z takimi szczytami wyżej - niezapomniana. Reszta dnia: leń, chowanie się przed słońcem, czytanie.

17. Kuehtai poszło całkiem sprawnie - 1h48m na prawie 1200 m, nie tragicznie, biorąc pod uwagę to, jak stromo tam bywa, choć są też kawałki praktycznie poziome. No ale kultura RP nie jest mnie obca, nie wyłamuję się i nie wstydzę dobrych wzorców. Na przełęczy prawie o 12.00 i gdy w kawiarence zaczyna przez kołchoźnik nadawać "Hells Bells" (co witam z radością), nagle wszystko zagłusza syrena (po xuj?!) i w dodatku dzwony z kościoła, nie mylić z dzbanami. W dół - ryzykownie, przecież jeszcze stromiej. Dotaczam się do Kematen i postanawiam kończyć ten cyrk. Kilka razy grozi opadem, ale gróźb nie realizuje. Żarcie, czytanie, oczekiwanie na zmierzch.

18. Kolej: Innsbruck-Linz-Praga-Hradec Kralove-Mezimesti-Wałbrzuch. Walnęło po kieszeni jak nic, ale wracam do doboty. Nawet umysł miejscami sprawniejszy niż przed wyjazdem, co bardzo sobie chwalę.

Zwierzaki widziane: koty, psy, ptoki, osły, krowy, owce. Świstaków - ZERO. Raz słyszałem gwizd i nie był to gwizd podziwu dla dokonań sportowych.

Podjechane: Feistrizsattel, przełączka za Koeflach, Klippitztoerl, Kreuzberg, Paso del San Angelo, Paso Tre Croci, Paso Falzarego+Valparola, Paso di Gardena, Paso di Sella, Paso del Tonale, Paso di Gavia, Paso del Foscagno + Eira + Forcola di Livigno + Bernina, Kuehtai.

Coraz mniej. Z roku na rok postanowienie śródroczne - odzwyczaić się od jedzenia, zrzucić 15 kg i jeszcze pojeździć... Inna sprawa, że rozmiar opatrzenia się tych szos jest w czymś smutny.

Przeczytane tuż przed wyjazdem i w trakcie i dokończone tuż po:

A. Makowski, "Tropiąc Bin Ladena",

P. Niemczyk, "Krótki kurs szpiegowania", "Szpiedzy z papieru",

M. Lasek, "Kłamstwo smoleńskie",

T. Turowski, "Krwawiące serce Azji", "Egzekucja",

M. Twain, "A Connecticut Yankee in King Arthur's Court"

Foto wywołane z lasu:

Myszka albo nietopyrz w mieszkaniu, Lienz.

Valparola

Ptak się otrzepuje

Gardena

Sella

okolice Auer

j.w.

przed Mendelpass

po opadzie, nie chciało mi się odwracać

koziołek, Gavia


piesek, Bormio. szprycha przeszkadza

idzie zlewa, Bormio

muł albo osiołek, pod Bormio

klub sportowy "Tęcza"

resztki po burzy


chmura

napęd i widelec prawy tylny

osiołek

Kematen, grozi zlewa

ptok


ptok