Alpy 2026
Ciężko było*, jak zwykle.
1. Z Wiener Neustadt do Rohr im Gebirge, jak już ze dwa razy, prosto pod mostek. 66 km
2. Na starcie zapomniany pod mostkiem kask, z inskrypcją od niej, z Lb 6,24. Kilka km trzeba wrócić i dwa razy to wypalanie wyngla oglądać. Bo tam jest takie więcej takie lokalne zagłębie produkcji wyngla z drewek, co potem te bogate ludzie w gryl wrzucajo. I takie instalacje przy szosie dymio. Brawo gryl, takie lubczasopismo, jakby kto z gupków nie wiedział. Obłędna Gscheid, ale jakoś bez przesady - organizm jak odnowiony. Później Mariazell i wiadomy przejaździk do Hieflau. Objętościowa jazda; 128 km.
3. Rest, bo dyszcz bangla. Jacyś panikarze z familoka naprzeciwko wiaduktu, pod którym kimam, wezwali ratunek i milicję, pewno z klucza "bo ktoś zalega i może chory". A że przewraca się z boku na bok, nie śmieci (modulo klocek rano - konspira i higiena obowiązuje) i czyta jak to kulturny człek, to już nie uwzględnili. Ani nie podejszli zapytać, jak się kto czuje. No to milicja i łapiduchy mają pusty przejazd. Spisali i życzyli dobrej podróży i nie pytamy, co by było, gdyby w miasteczku był kiempink, a tych domów by tu jeszcze nie było. A TO BYĆ MOŻE WASZA MATKA!!! (Sprawdzić, czy nie ksiądz...)
4. Bardzo ładny park Gesaeuse i wapień i po nieźle gorącym podjaździku przez Wagrain spadunek do zabawnie nazwanej doliny Pinzgau. Kąpiel w bajorze w Schwarzach i sen na ławce. Niebo czyste, jak zażądałem. 153 km.
5. Przez Hochtor (niedojedzone, bo przegadane z kol. Norwegiem pod sklepem...), 2h 10m od Ferleiten, bez stopu, ale z ledwością. 110 km do Lienz. Tam burza z gradem, podtrzymywanie maty itp. atrakcje. Nie zalało fatalnie, ale wredne to było. W tym siedzenie na golasa na murawie, ale kleszczów nie złapałem.
6. Rest.
7. Staro drogo przez Stallersattel, bo od drogi 100 już mi się przelewa... 2h57m na raty, bo zmęczenie. 108 km do St Sigmund. Chyba za rok pojadę straszliwą 111.
8. 2h 07m na Penser Joch, drugi raz w życiu. Co za stromizna... I w dół do Sarnthein. Dystansu nie zakonotowałem, ale chyba ponad 100 km było.
9. 123 km przez Mendelpass do Ponte di Legno; najpierw piekielnie gorąco od samego rana. No i pierwszy raz udało się nie zakiblować przed Paso del Tonale, ale sam podjazd jak zwykle dość nieznośny.
10. Rest, czyszczenie prowizoryczne napędu, kąpiel, golenie - bo elegancko trza wyglądać.
11. 84 km do Livigno, bo burza od Foscagno goniła. No i Gavia w 2h 10m; "bardzo ładna praca!"
12. 90 km do Tiefencastel przez Albulapass, też z przystankami i grożącym opadem i wichrem, na zjeździe trochę lało, więc przeczekiwanie najpierw w Berguen, parę km niżej przy jakimś budynku służby drogowej z niezłą porcją os - musi gniazdo w środku.
13. Rest (pod mostkiem, na deskach pożyczonych od drewutni, bardzo dziękuję, odniosłem na miejsce).
14. Przez Oberalp do Andermatt i nie dalej, bo wyraźnie słabość i niedojedzenie dopadało z racji gorąca, plus niedoszacowanie odległości do Ilanz (z 50 km od startu!); 115 km. Nocleg na bezczelnego - pod dachem zabudowań kolejki, 50 m od recepcji campu.
15. Furka 1h 24m od Realp, w sumie 95 km do Raron - stała miejscówka, nawet zostawiona flaszka z rozpałką z 2021 obecna i jest czym napęd przemyć. Bajzel niesamowity, bo ktoś zrobił włam do domku, tak więc sprzątania było na jakieś 3h - usuwanie porypanej płyty wiórowej z mebli, butelek, puszek itp. syfu. Z 6 razy dygałem z rzeczki 10 l kanister (po spryskiwaczu wg etykiety, bynajmniej nie dworskiej) i spłukiwałem podłogę, a później przytachałem stół spod sąsiedniego daszku (w którym w 2016 był prąd...). Warunki co najmniej jak w czterogwiazdkowym hotelu.
16, 17. Rest, rest. Pierwszego dnia zakupy, mycie napędu, drugiego pizza. Gorąco.
18. 3h 20m do Martigny, na szczęście wiało tylko ostatnie 20 km. Za ciosem, po obiadku, pod Forclaz - podjazd zaczęty o 13:00, koszmarnie mnie spaliło. Zresztą stała stromizna i brak zakrętów też - tak to zapamiętałem dekadę temu. 126 km do dechetterie w les Houches.
19. Rest, bo całą noc mnie ta kolacja zalegała wysoko, a rano nagłe ostrzeżenie ślinianek, tyle czasu, żeby wybyć ze śpiwora, nałożyć oba obuwie i rzucić rzyg. Zgon, sikanie wszystkimi otworami. Winni: feta albo Carrefourowe ratatouille w puszce. Snułem się do sklepu, a w środku bohatersko (wśród ichnich serów i spleśniałych kiełbasek) wymieniłem kolkę zero na niezero. A że tonic zero - nie zauważyłem, więc podczas nawadniania cierpiałem.
20. W górkę i ostro w dół - pierwszy raz legalną szosą z Chamonix, bo dwa razy wcześniej zdarzyło mi się tam zjeżdżać ekspresówką... Zgonu i sikania dupą c.d. Strach o odwodnienie... Do Flumet aż 60 km. Pizza wieczorem, wyrzucona godzinę później. Żeż, szlag by to.
21. Rest. Przenicowywania układu pokarmowego c.d. Pizza w innym miejscu, trochę taka sobie, ale głód straszny. Zatrucia c.d.
22. W dół. Za Albertville goni w krzoki imperatyw. Potem spokojniej do St Jean de Cuines. 72 km. Koniec, bo zatrucie nie daje spokoju. Pociągiem do Modane, busem do Bardonecchii. Tam pilne bieganie nad rzeczkę, za betonowe ograniczniki parkingu - tuż po przyjeździe i drugi raz wieczorem. Wpienił mnie nieziemsko pan dworcowy, który przylazł ok. północy i wygonił mnie z niezłej miejscówki, gdzie zalegałem od ok. 19:00. N.b. dworzec w Bardonecchii przywodzi na myśl PKP z lat 80., ale w wagonie. Koszmar. Syf, malaria i korniki. (I wcale nie jest prawdą, że dach przeciekał... - przecieka i to jak, tj. dach, znaczy, po wyjściu na peron.)
23. Pociągiem do Turynu, stamtąd do Mediolanu i do Bolzano przez Veronę. Raz para z ultra-głośnymi telefonami (bez słuchawek, bo po co?), raz wrzaski bachorów (i dorosłych) kolorowych, których zawartość może nie jest 25%, ale naprawdę wysoka - są jak u siebie w łazience; raz śmieć zalegający na podłodze w stanie wskazującym, po paru wrzaskach i ciosach pięścią w podłogę. No ale czego od śmieci wymagać? Gorzej, że za sprzątanie ćwiartkę albo dożywocie złapać można... A w Bolzano znana miejscówka, a więc kąpiel i znów sprawy pokarmowe i wręcz przeciwnie. Rozmowa z Giuseppem w Zugu - za pierwszego pisu we Warsiawie pracował, a tera (po jakichś bypassach dorobionych!) zajął się zgodnie z zaleceniem lekarza ruchem i uderza na objaździk tygodniowy, do którego trenował. Zacny człek, pogadaliśmy i ponaprawialiśmy świat, jak to ludzie starszej daty.
24. Od 6:30 w pociągach - na Brenner, zjazd do Innsbrucku, stamdąd improwizacja: Kufstein-Rosenheim-Salzburg-Linz. Tam - wbrew zapowiedziom - pan kierowca zapakował mnie do busa z rowerem na krzywy ryj, bo kolej do Budejovic znów nie działa. I nawet biletu nie chciał, więc postawiłem się i nabyłem, dla spokoju przysłowiowego sumienia. Zatem z Summerau do Rybnika; a tam afera, bo pociąg miał brać rowery i nie bierze. No to późniejszym, do C.B. Z nawigacji: kierunek Mac plus jeszcze na dokładkę falafel z budki u kogoś ze wschodu. Pyszne, ale skutki będą wiadome... Ale z większym opóźnieniem - flora się odnawia. Noc kabaretowa, bo z tyłu sklepu.
25. Kolej jeszcze raz: do Pragi i standardowo przez Starkoc do Mezimesti. I rowerem na głodnego przez Waldenburgpass albo Paso di Borgoselva. Jazdy od Brenner począwszy 95 km.
Finito.
Jeśli dobrze liczę, jeden napęd w użyciu po raz 4. - korby Tiagra, bo na syrenę sto pięć ("SOL - tak to kiedyś czytałem) mnie nie stać, kasetka Miche 12-29 z szarej, twardej stali i łańcuch Ultegra. Niezłe - pod takim klocem jak ja, i to na stalowej ramie.
* Bo i Kobieta odeszła w - nomen omen - stylu disorganized attachment style, i brzuch przez to ciężki i głowa. No a ja to się starałem, dla Kobiety wszystko, i że warto, bo ona nie jest zła i w sumie taka biedna. A ciosy się zbiera, bo zła nie jest, ale nie wie, że robi i mówi momentami naprawdę jak ktoś do szpiku kości zły. A wszystko dodatkowo pod płaszczykiem wiary w tow. Boga i okolice, a tam przecież samo dobro i to na tony. Trudna sprawa. Wytkniesz coś złego - oceniasz, a ocenianie jest złe. A przypominanie spraw minionych - z definicji złośliwe. Wyjazd opóźniony, bo aż sercowy się zrobiłem od tych zmartwień i upokorzenia - problemy z oddechem, tętnem, ciśnieniem. No to pojechałem się podleczyć, do alpejskich wód i na słońce i szosę. I chyba się udało. Nie chcę już, choć Kobieta śliczna, w paru wymiarach nieco naiwna, a jak przyjdzie co do czego, to z taką zdolnością do konfabulacji i redukcji dysonansu poznawczego, że zgroza bierze. Nawet już zmieniać jej delikatnie nie chcę i pokazywać, że życie może być bardziej kolorowe. Bo nie, skoro oblewa mnie pomyjami i wgniata w glebę i wrzeszczy, no to ma problem z głową... Pech, że inteligentna i nieźle udaje mądrą. Kochałem potencjał. A potencjał to przyjmował i dziękował, a dziś twierdzi z jasnym czołem, że nigdy mną nie był zainteresowany. Mindfuck? Ano, jak to zwykle z "unikowymi". Kurwa, nigdy więcej... Discarded, gone.





