Monday, 21 September 2026

Duduś kopista

Rany, gość jest nie do zdarcia. Do "Janosika", "Stawki", "Życia na gorąco" i "Alternatywy 4" i wuj wie czego jeszcze, dołączył zacny (sądząc po 2 odcinkach) serialik "Kryptonim: Turyści". Wszystko na jedno kopyto, aż człowiek czeka, czy zza krzaka nie wynurzy się red. Maj z Maryną podglądani przez Brunnera, a Żą Pol w marsylskiej dyskotece chowa mapę do "Cytryny" 2cv. Nawet akcenty z "Rozmów kontrolowanych" są!

Ciekawe, czy za każde oderżnięcie od samego siebie (a i od standardów uprzednio zapewne też) typ kasował oddzielnie. Żyć, nie umierać.

 - napisał Stirlitz, uprzednio zamknąwszy trzy zakładki wyglądarki z SO.

Sunday, 20 September 2026

pieniacz

Dla zabicia czasu sięgnąłem do historii i nie zawiodłem się.

Wielu się pieniaczyło, stroszyło i grało w tanie prowokacje przed tow. partyjnym Szczerbą w komisji ds. wpuszczania tych, co kąpią się w Gangesie czy kręcą filmy. Nawet był jeden z tego klubu kakao, ba, pierwszy raz słyszałem jego głos - podwyższony, aż na myśl przychodzi nieodżałowany por. Gruber. Sprawy wiz nie śledziłem od dawien dawna (od lata 2023?), a zastałem jakieś pliki audio - musi ktoś podrzucił... No i nie dość, że postać tow. X się przewinęła i japa mu się nie zamykała, biadolił i przekrzykiwał się z komisjo, to na dokładkę okazuje się, że typ wyższe studia skończył i to w dziedzinie, która - zdawałoby się - obligowałaby do zachowania odrobiny spokoju i powagi..

Zapasy w błocie, kurwa mać, a nie państwo. Swoją drogą - że też tow. partyjny Szczerba nie wywalił typa na zbity przód świni, też zadziwia. Taki leperowaty ten X nieco, bo ze wschodu.

Nawet twarz ma jak młot pneumatyczny bez sprężarki. Bóg ma zjadliwe poczucie humoru. 

Otemora, amores, czyli miłość do temperówki. 

(*) potemu X, żeby pozwem nie dostać. 

Friday, 18 September 2026

Alpy 2026

Alpy 2026

Ciężko było*, jak zwykle.

 

1. Z Wiener Neustadt do Rohr im Gebirge, jak już ze dwa razy, prosto pod mostek. 66 km

2. Na starcie zapomniany pod mostkiem kask, z inskrypcją od niej, z Lb 6,24. Kilka km trzeba wrócić i dwa razy to wypalanie wyngla oglądać. Bo tam jest takie więcej takie lokalne zagłębie produkcji wyngla z drewek, co potem te bogate ludzie w gryl wrzucajo. I takie instalacje przy szosie dymio. Brawo gryl, takie lubczasopismo, jakby kto z gupków nie wiedział. Obłędna Gscheid, ale jakoś bez przesady - organizm jak odnowiony. Później Mariazell i wiadomy przejaździk do Hieflau. Objętościowa jazda; 128 km.

3. Rest, bo dyszcz bangla. Jacyś panikarze z familoka naprzeciwko wiaduktu, pod którym kimam, wezwali ratunek i milicję, pewno z klucza "bo ktoś zalega i może chory". A że przewraca się z boku na bok, nie śmieci (modulo klocek rano - konspira i higiena obowiązuje) i czyta jak to kulturny człek, to już nie uwzględnili. Ani nie podejszli zapytać, jak się kto czuje. No to milicja i łapiduchy mają pusty przejazd. Spisali i życzyli dobrej podróży i nie pytamy, co by było, gdyby w miasteczku był kiempink, a tych domów by tu jeszcze nie było. A TO BYĆ MOŻE WASZA MATKA!!! (Sprawdzić, czy nie ksiądz...)

4. Bardzo ładny park Gesaeuse i wapień i po nieźle gorącym podjaździku przez Wagrain spadunek do zabawnie nazwanej doliny Pinzgau. Kąpiel w bajorze w Schwarzach i sen na ławce. Niebo czyste, jak zażądałem. 153 km.

5. Przez Hochtor (niedojedzone, bo przegadane z kol. Norwegiem pod sklepem...), 2h 10m od Ferleiten, bez stopu, ale z ledwością. 110 km do Lienz. Tam burza z gradem, podtrzymywanie maty itp. atrakcje. Nie zalało fatalnie, ale wredne to było. W tym siedzenie na golasa na murawie, ale kleszczów nie złapałem.

6. Rest.

7. Staro drogo przez Stallersattel, bo od drogi 100 już mi się przelewa... 2h57m na raty, bo zmęczenie. 108 km do St Sigmund. Chyba za rok pojadę straszliwą 111.

8. 2h 07m na Penser Joch, drugi raz w życiu. Co za stromizna... I w dół do Sarnthein. Dystansu nie zakonotowałem, ale chyba ponad 100 km było.

9. 123 km przez Mendelpass do Ponte di Legno; najpierw piekielnie gorąco od samego rana. No i pierwszy raz udało się nie zakiblować przed Paso del Tonale, ale sam podjazd jak zwykle dość nieznośny.

10. Rest, czyszczenie prowizoryczne napędu, kąpiel, golenie - bo elegancko trza wyglądać.

11. 84 km do Livigno, bo burza od Foscagno goniła. No i Gavia w 2h 10m; "bardzo ładna praca!"

12. 90 km do Tiefencastel przez Albulapass, też z przystankami i grożącym opadem i wichrem, na zjeździe trochę lało, więc przeczekiwanie najpierw w Berguen, parę km niżej przy jakimś budynku służby drogowej z niezłą porcją os - musi gniazdo w środku.

13. Rest (pod mostkiem, na deskach pożyczonych od drewutni, bardzo dziękuję, odniosłem na miejsce).

14. Przez Oberalp do Andermatt i nie dalej, bo wyraźnie słabość i niedojedzenie dopadało z racji gorąca, plus niedoszacowanie odległości do Ilanz (z 50 km od startu!); 115 km. Nocleg na bezczelnego - pod dachem zabudowań kolejki, 50 m od recepcji campu.

15. Furka 1h 24m od Realp, w sumie 95 km do Raron - stała miejscówka, nawet zostawiona flaszka z rozpałką z 2021 obecna i jest czym napęd przemyć. Bajzel niesamowity, bo ktoś zrobił włam do domku, tak więc sprzątania było na jakieś 3h - usuwanie porypanej płyty wiórowej z mebli, butelek, puszek itp. syfu. Z 6 razy dygałem z rzeczki 10 l kanister (po spryskiwaczu wg etykiety, bynajmniej nie dworskiej) i spłukiwałem podłogę, a później przytachałem stół spod sąsiedniego daszku (w którym w 2016 był prąd...). Warunki co najmniej jak w czterogwiazdkowym hotelu.

16, 17. Rest, rest. Pierwszego dnia zakupy, mycie napędu, drugiego pizza. Gorąco.

18. 3h 20m do Martigny, na szczęście wiało tylko ostatnie 20 km. Za ciosem, po obiadku, pod Forclaz - podjazd zaczęty o 13:00, koszmarnie mnie spaliło. Zresztą stała stromizna i brak zakrętów też - tak to zapamiętałem dekadę temu. 126 km do dechetterie w les Houches.

19. Rest, bo całą noc mnie ta kolacja zalegała wysoko, a rano nagłe ostrzeżenie ślinianek, tyle czasu, żeby wybyć ze śpiwora, nałożyć oba obuwie i rzucić rzyg. Zgon, sikanie wszystkimi otworami. Winni: feta albo Carrefourowe ratatouille w puszce. Snułem się do sklepu, a w środku bohatersko (wśród ichnich serów i spleśniałych kiełbasek) wymieniłem kolkę zero na niezero. A że tonic zero - nie zauważyłem, więc podczas nawadniania cierpiałem.

20. W górkę i ostro w dół - pierwszy raz legalną szosą z Chamonix, bo dwa razy wcześniej zdarzyło mi się tam zjeżdżać ekspresówką... Zgonu i sikania dupą c.d. Strach o odwodnienie... Do Flumet aż 60 km. Pizza wieczorem, wyrzucona godzinę później. Żeż, szlag by to.

21. Rest. Przenicowywania układu pokarmowego c.d. Pizza w innym miejscu, trochę taka sobie, ale głód straszny. Zatrucia c.d.

22. W dół. Za Albertville goni w krzoki imperatyw. Potem spokojniej do St Jean de Cuines. 72 km. Koniec, bo zatrucie nie daje spokoju. Pociągiem do Modane, busem do Bardonecchii. Tam pilne bieganie nad rzeczkę, za betonowe ograniczniki parkingu - tuż po przyjeździe i drugi raz wieczorem. Wpienił mnie nieziemsko pan dworcowy, który przylazł ok. północy i wygonił mnie z niezłej miejscówki, gdzie zalegałem od ok. 19:00. N.b. dworzec w Bardonecchii przywodzi na myśl PKP z lat 80., ale w wagonie. Koszmar. Syf, malaria i korniki. (I wcale nie jest prawdą, że dach przeciekał... - przecieka i to jak, tj. dach, znaczy, po wyjściu na peron.)

23. Pociągiem do Turynu, stamtąd do Mediolanu i do Bolzano przez Veronę. Raz para z ultra-głośnymi telefonami (bez słuchawek, bo po co?), raz wrzaski bachorów (i dorosłych) kolorowych, których zawartość może nie jest 25%, ale naprawdę wysoka - są jak u siebie w łazience; raz śmieć zalegający na podłodze w stanie wskazującym, po paru wrzaskach i ciosach pięścią w podłogę. No ale czego od śmieci wymagać? Gorzej, że za sprzątanie ćwiartkę albo dożywocie złapać można... A w Bolzano znana miejscówka, a więc kąpiel i znów sprawy pokarmowe i wręcz przeciwnie. Rozmowa z Giuseppem w Zugu - za pierwszego pisu we Warsiawie pracował, a tera (po jakichś bypassach dorobionych!) zajął się zgodnie z zaleceniem lekarza ruchem i uderza na objaździk tygodniowy, do którego trenował. Zacny człek, pogadaliśmy i ponaprawialiśmy świat, jak to ludzie starszej daty.

24. Od 6:30 w pociągach - na Brenner, zjazd do Innsbrucku, stamdąd improwizacja: Kufstein-Rosenheim-Salzburg-Linz. Tam - wbrew zapowiedziom - pan kierowca zapakował mnie do busa z rowerem na krzywy ryj, bo kolej do Budejovic znów nie działa. I nawet biletu nie chciał, więc postawiłem się i nabyłem, dla spokoju przysłowiowego sumienia. Zatem z Summerau do Rybnika; a tam afera, bo pociąg miał brać rowery i nie bierze. No to późniejszym, do C.B. Z nawigacji: kierunek Mac plus jeszcze na dokładkę falafel z budki u kogoś ze wschodu. Pyszne, ale skutki będą wiadome... Ale z większym opóźnieniem - flora się odnawia. Noc kabaretowa, bo z tyłu sklepu.

25. Kolej jeszcze raz: do Pragi i standardowo przez Starkoc do Mezimesti. I rowerem na głodnego przez Waldenburgpass albo Paso di Borgoselva. Jazdy od Brenner począwszy 95 km.

Finito.

Jeśli dobrze liczę, jeden napęd w użyciu po raz 4. - korby Tiagra, bo na syrenę sto pięć ("SOL - tak to kiedyś czytałem) mnie nie stać, kasetka Miche 12-29 z szarej, twardej stali i łańcuch Ultegra. Niezłe - pod takim klocem jak ja, i to na stalowej ramie.

 

* Bo i Kobieta odeszła w - nomen omen - stylu disorganized attachment style, i brzuch przez to ciężki i głowa. No a ja to się starałem, dla Kobiety wszystko, i że warto, bo ona nie jest zła i w sumie taka biedna. A ciosy się zbiera, bo zła nie jest, ale nie wie, że robi i mówi momentami naprawdę jak ktoś do szpiku kości zły. A wszystko dodatkowo pod płaszczykiem wiary w tow. Boga i okolice, a tam przecież samo dobro i to na tony. Trudna sprawa. Wytkniesz coś złego - oceniasz, a ocenianie jest złe. A przypominanie spraw minionych - z definicji złośliwe. Wyjazd opóźniony, bo aż sercowy się zrobiłem od tych zmartwień i upokorzenia - problemy z oddechem, tętnem, ciśnieniem. No to pojechałem się podleczyć, do alpejskich wód i na słońce i szosę. I chyba się udało. Nie chcę już, choć Kobieta śliczna, w paru wymiarach nieco naiwna, a jak przyjdzie co do czego, to z taką zdolnością do konfabulacji i redukcji dysonansu poznawczego, że zgroza bierze. Nawet już zmieniać jej delikatnie nie chcę i pokazywać, że życie może być bardziej kolorowe. Bo nie, skoro oblewa mnie pomyjami i wgniata w glebę i wrzeszczy, no to ma problem z głową... Pech, że inteligentna i nieźle udaje mądrą. Kochałem potencjał. A potencjał to przyjmował i dziękował, a dziś twierdzi z jasnym czołem, że nigdy mną nie był zainteresowany. Mindfuck? Ano, jak to zwykle z "unikowymi". Kurwa, nigdy więcej... Discarded, gone.

Wednesday, 16 September 2026

głos z puszczy

No to tak: kolega zlitował się nade mną, że klepię te kody jak jakiś typ z Amish Paradise co najmniej. Bo to dziś co najmniej wstyd, a ej-aj już dawno pod strzechy zawitała. A i zajawkę pt. "patrz, jaką grę napisałem" dodał. Zdziwiłem się, bo zeznawał, że kodował dla ćwiczeń jakieś drobnostki i nigdy nie rozwinął skrzydeł; zresztą ja przecież też.

Zerkłem i się podłamałem, tym bardziej po zerknięciu w kod. Dobra, że jeden plik html z toną js, css i statycznych danych, które wypadałoby mieć w json, nieważne. Chodzi, rusza się, dźwięczy. Jakieś atomy można łączyć, bo "gra" chemiczna. Część Istotnych Informacji o Tych czy Owych Pierwiastkach i Związkach - obligatoryjnie Wielkimi Literami, że człek czuje się jakby Milne'a czytał; a że tamoj było to najprawdopodobniej czystym zgrywem, no to już się kwaśno uśmiechałem. Bo co uchodzi w programach aplikacjach, to nie w druku. Że rżnięto z angielskiego i przetrwał ów shift nawet w nazwach pierwiastków - ano, źle. Tytuły "poziomów" (typu: złóż, dziecko, atomy tak i siak, to za karę w nagrodę dowiesz się, że to i owo mamy do powiedzenia o tym, co sklecone) też Wielkimi Literami. Żenada? A może język jest żywy i zacznie to być standardem? A może już zaczęło, a ja się zagapiłem.

Uszłoby jako wstępny zainteresownik bachorząt 10-11-letnich. Ba, sam w chemii siedziałem od 4. klasy podstawówki, od 5. już na poważnie - na Bracką się jeździło po substancje. Ale jak kilka razy mignęła mi jakaś głupota w tekścikach pojawiających się (nie do przytrzymania - znika samo), cisłem - ciekawość to pierwszy stopień wtajemniczenia - tradycyjne Ctrl-U i po odszukaniu stosownych słowników i przeczytaniu całości, załamałem się kompletnie. Natłok bzdur, zarówno językowych, jak i merytorycznych, przekracza ludzkie (?) pojęcie. Bo co sądzić o rewelacjach nt. tego, że np. dwutlenek siarki łatwo utlenia się do trójtlenku? Przecież przy kwaśnym deszczu byśmy się ze śmiechu nie pozbierali. Albo że wyjątkowe są gazy szlachetne, bo ich atomy "fizycznie odpychają inne" - tak jakby inne też nie odpychały, skoro elektrony są niby na zewnątrz. Oszczędźmy już nieszczęsne powłoki, oktety itp. wynalazki, mam nadzieję, że wyparte przez wyrób pt. chemia kwantowa, ale skoro obrazkowe i proste, to do faszerowania młodych główek faktografią jeszcze się nadają, niczym nie mniej nieszczęsny model Bohra na lekcjach fizyki. Kilka przypadków niekonsekwentnego nazewnictwa (dwu/di/trój/tri), kilka sformułowań rodem z milicyjnych żartów.

Czy trzeba znać się na chemii, żeby zobaczyć, że to "slop"? Nie, wystarczy na szczątkach chemii, śladach logiki i trochę na polskim i angielskim. Czy to źle, że "slop" niszczy edukację nie gorzej niż ściąga pe el? Jednakowo źle.

Morał: jeśli źle karmisz psa, nie dziw się, że chodzi po śmietnikach. Co tyczy i "modeli", i bogu ducha winnych uczniów, ew. umysłów ciekawskich - tych ostatnich najbardziej szkoda.

Dla mnie bonus taki, że obejrzałem całkiem czysty i czytelny (+/- nieźle udokumentowany, ale też z głupimi błędami) kod w javascripcie, kończę jego "refaktoryzację" i poprawiłem koledze błędy. A i nad jednym zabawnym algorytmem da się trochę pomyśleć. A gdyby tam zaimplementować, to i rzecz nie zawisałaby na długie sekundy nad interpretacją cząsteczki benzenu. A tak - zawisa... 

Tuesday, 8 September 2026

w... bede grau w gre

Latam samolotem, zbijając bąki, tudzież wraże samoloty i cele naziemne, po dziesięciu zeków każda. Dla zabicia czasu i zapomnienia. I odkrycie: katapulta z lotniskowca daje (bynajmniej nie zawsze) takie coś!

co więcej, nieznane szukajce w internacie. Ale luja! Nie kojarzyłem tego ani z początku lat 90., kiedy rżnąłem w F-15 Strike Eagle II wytrwale. A że gogle nie wychwyciły, znaczytsa nikt nie napisał. No to będę pierwszy.

Całkiem zabawne w sumie. Tylko driverów w dosboxie nie chce mi się poprawiać i "Strike Eagle, clear for take off" brzmi jak wypierd z zepsutego PC-speakera. Hehe...