Showing posts with label zwierzaki. Show all posts
Showing posts with label zwierzaki. Show all posts

Thursday, 27 February 2025

oddech wymarłych światów, cz. 1

Z cyklu młodość-naiwność, czyli pierwszy wypad w Alpy. Odzyskane z katalogu /home/.../old/, gdzie oprócz (moich) prac, czyichś książek/publikacji itp. i poczty z lat 2002-13 gnieździły się dwie wersje strony domowej z fuw. Chlip... Komentarze na czerwono, całość bez cenzury. Wstyd trochę, ale kto w młodości głupim nie był, ten na starość nie zmądrzeje, jak pouczali muzycy w połowie lat 90.

Mam to szczęście, że parę razy byłem w Austrii na nartach. Wyjazd do Stubaitalu i lodowiec pozostawiły mnóstwo miłych wspomnień, i oczywiście niedosyt (tylko 5 dni jazdy!). Jednak kiedy rodzice zapowiedzieli wyjazd do Stubaitalu latem, od razu zażądałem wzięcia roweru. Koła do środka samochodu, rama na bagażnik i już. Góry są dostępne dla rowerzysty od 900 m (początek doliny) do ponad 1700 m npm. Oczywiście taka jazda jest bardziej męcząca niż na szosie, po prostu stromizna jest większa, ale wysiłek opłaca się.

W ten sposób podjechałem z Fulpmes (>900 m) do Pfarrahalm (~1750 m), a po zejściu jakichś 100 m zacząłem włazić na przełęcz Halsl (~1900 m) (wspinaczka [as if] z rowerem na plecach to nic przyjemnego; nie polecam, chyba, że ktoś wymyśli sposób na siodełko wpijające się w plecy - ja zastosowałem bluzę, ale i tak było to dość bolesne przeżycie). Z przełęczy trzeba było zejść z rowerem na ramieniu (i duszą) jakieś 400 m w dół, do ośrodka narciarskiego Axamer Lizum. Stamtąd, już w deszczu, szybki zjazd do Wipptal i podjazd do domu (Mieders).
Dzień wcześniej pojechałem do Mutterbergalm (~1750 m), czyli dolnej stacji wyciągów narciarskich. Ciekawe, że dopiero trzeciego dnia zauważyłem, jakie niebezpieczeństwo grozi rowerzyście w czasie szybkich zjazdów. Otóż po jakichś 600 m "szusu" i paru beztroskich hamowaniach, z ciekawością dotknąłem obręczy koła. Oparzyłem się, a woda z bidonu wylana na obręcz szybko zawrzała i tyle ją widziałem... [fizykę się studiowało?]
Kolejny dzień spędziłem w sąsiedniej dolinie, Ötztal. Rodzice podwieźli mnie do Sölden (~1350 m), a sami poszli w góry wychodząc z Umhausen (30 km w dół od Sölden). Z Sölden można dostać się na wysokość około 2800 m (szosą, Ötztaler Gletscherstrasse) i właśnie tam zamierzałem dotrzeć. Podjazd był morderczy, nachylenie drogi cały czas ok. 13%. Na samym początku, podczas krótkiego postoju, wyjąłem aparat z plecaka i zacząłem komponować zdjęcie przeciwległej części doliny. Przeszkodził mi w tym jakiś zabłąkany byczek. Nie wiem, co smacznego znalazł w błotnikach mojego roweru... Po tym, jak ruszyłem, szedł za mną jeszcze kilkaset metrów, aż do stacji opłat (droga ta jest płatna, ale na szczęście rowerzyści jeżdżą za darmo. Znaku zakazu wstępu dla byków nie było, ale na szczęście został).
[byczek z tekstu]
[owce zalegają; jeśli dobrze pamiętam, wyretuszowałem "zacieki" na jezdni, zapewne powstałe wskutek nieopanowania kuwety przez owce.]

[świstak :)]



 

Później, gdzieś na dwutysięcznym metrze smarowałem łańcuch - dziękuję firmie NIVEA za mleczko do opalania z filtrem 26 - doskonale się do tego celu nadawało. [idź i nie grzesz więcej...]

Jeszcze prawie 400 m do góry i byłem na miejscu, czyli przy wyciągach narciarskich, na wysokości około 2700 m. Zrezygnowałem z dalszej jazdy, chyba przez głód - kanapki i całą czekoladę zjadłem w czasie wjazdu. Dotarłem tylko do tunelu i stamtąd sfotografowałem Rettenbachtal i szosę, którą podjeżdżałem.

[to właśnie ta szosa i widok znad Soelden]


W czasie zjazdu zaczęły się kłopoty - po prostu w pewnym momencie, po mocnym hamowaniu, poczułem "paloną oponę", na której wyskoczył pokaźnych rozmiarów bąbel. Jakoś tam zjechałem, ale 30 km do Umhausen zeszło na strachu, czy przypadkiem tej oponie nie przyjdzie na myśl do końca się rozpirzyć.

 


Podróż pierwsza [bez fotoaparatu]
Tuż po powrocie z Austrii i po kilku dniach wgapiania się w mapy zdecydowałem się na ponowny wyjazd w Alpy. 27 lipca wysiadłem z rowerem z autobusu w Genewie i pojechałem. Pierwszą noc spędziłem w Thonon-les-Bains, nic ciekawego. Następnego dnia wjechałem już do doliny Rodanu i po 120 km zatrzymałem się w Sierre.

Nazajutrz miałem małą pokusę, żeby skręcić z Visp na południe do Zermattu i obejrzeć Matterhorn, ale dałem spokój. Tego dnia z Sierre (~550 m) podjechałem na Furkapass (2437 m) i zjechałem do Realp (~1500 m), przejeżdżając ponad 120 km. Naprawdę wykańczające, wtedy to oduczyłem się jedzenia czekolady - tego dnia pochłonąłem jej ponad 400 g. Na dodatek tuż przed przed campingiem wyleciało mi kółko z przerzutki, po prostu się rozkręciła. W nocy miałem potężną gorączkę, nie wiedziałem, gdzie jestem.

Rano jacyś mili ludzie zwieźli mnie i rower do Andermattu (1440 m), kupiłem tę brakującą część i po śniadaniu zacząłem wjazd na Oberalppass (2040 m). Dalej był dość długi zjazd, a w Ilanz dość nieprzyjemna niespodzianka: do Flims, gdzie spodziewałem się campingu, należało podjechać, jakieś 300 m w górę... Niespodzianka dlatego, że nie miałem przy sobie mapy (zostawiłem ją w autobusie, w końcu coś musiałem zostawić!), a trasę znałem na pamięć.

Dopiero następnego dnia, w Chur, kupiłem mapę, po czym wreszcie znalazłem drogę na Tiefencastel. Kłopot w tym, że prowadziła ona przez przełęcz, więc podjechałem 1000 m, powietrze stoi, pełne słońce... Oczywiście w czasie zjazdu ktoś wyjechał z boku i musiałem całą swoją prędkość umieścić w klockach, a raczej w obręczach kół. Bąbelek na oponie... i tak miałem szczęście, że nie pękła. Z Tiefencastel wspiąłem się do Davos (700 m w górę).

Rano chciałem kupić oponę, ale był akurat 1 sierpnia (święto państwowe). Oponę znalazłem w jedynym otwartym sklepie sportowym, ale 40CHF to trochę za dużo. Pojechałem więc na tej wybąblowanej. Najpierw 800 m w górę na Flüelapass (2383 m), potem spokojnie w dół, wzdłuż Innu do Pfunds (Austria).

W Pfunds zatrzymałem się na dwa dni - trzeba było zmienić oponę i trochę oczyścić łańcuch i przyległości. Dalej pojechałem wzdłuż Innu - przez Landeck, Imst i Innbruck i skręciłem do Zillertalu. Po prawie 170 km zatrzymałem się w Zell am Ziller.

Rano czekał mnie ostatni duży podjazd, ok. 1000 m w górę, na Gerlospass. Niestety, już poprzedniego dnia zanosiło się na deszcz i rzeczywiście, padało nieźle, w czasie zjazdu ma to jednak swoje dobre strony - nie trzeba tak bardzo uważać na hamulce. Do dzisiaj zagadką pozostaje fakt, że miałem mokre buty, mimo, że "ubrałem" je w reklamówki. Złośliwość rzeczy martwych... Dojechałem do Hollersbach - niewielkiej mieściny, 37 km przed Zell am See. Wszystko było tak mokre, że trzeba było spędzić tam dwie noce. Nazajutrz rano (niedziela) nie miałem nic do żarcia, sklepy zamknięte, wiec pojechałem do Mittersill (parę km). Wróciłem jeszcze bardziej głodny i zły, wszystko nieczynne! Po zjedzeniu paru jabłek (prosto z drzewa - kto lubi jabłka na początku sierpnia?) zacząłem szukać jakiejś knajpy i znalazłem... Dobre było.

Kolejny dzień był raczej mało ciekawy, jeśli nie liczyć jazdy w klapkach (buty ciągle się suszyły). Po 120 km dotarłem do Schladming.

Dalej naprawdę było tak sobie - znowu ponad 100 km, campingów jak na lekarstwo, a ten, na którym nocowałem był położony niedaleko pól kukurydzianych, także ledwo zasnąłem. Zapach ten jest daleki od zwykłego, dochodzącego z pola. To coś znacznie gorszego, głowa od tego boli.

No a jeszcze dalej było jeszcze bardziej tak sobie - jakoś wygrzebałem się z tego zadupia, pojechałem do Linzu. Krążyłem chyba z godzinę, nie mogąc znaleźć drogi na Freistadt, dopiero potem przypomniałem sobie, że mam plany miast w swoim atlasie i po pół godzinie wszystko było ok. Droga była bardzo nieprzyjemna, od Dunaju pięła się w górę, zaczęły zbierać się chmurki, z których, 5 minut po tym jak wjechałem na camping, zaczął padać deszcz.

Rano wszystko było w porządku z pogodą, pojechałem więc spokojnie w kierunku granicy. Na pagórku przed granicą spotkałem dwóch rodaków. Czekali na kolegów, którzy, jak się okazało, czekali na nich na granicy, popijając piwo (sklep bezcłowy - trzeba skorzystać; ja poprzestałem na wydaniu resztki metalowych szylingów na czekoladę). A potem Czechy... W sumie wyszło tego ponad 170 km jazdy, coś okropnego. Nie znalazlem campingu, wiec nie rozbijając namiotu (po co? przecież niebo jest gwiaździste!) zasnąłem sobie, ale...

...następnego dnia obudził mnie deszcz... Oczywiście szybko wszystko zwinąłem i ruszyłem, a lało tak mocno, że co kwadrans zatrzymywałem się żeby wycisnąć wodę z koszulki. Całemu światu się dostało, dawno nie pamiętam siebie tak wściekłego. Jechałem na coli i kawie, od stacji beznynowej do następnej. Średnia przyjemność... Dojechałem do Kudowy, a następnego dnia przyjechali rodzice. Nie chciałem się pchać po polskich drogach. W tym kraju część szos prowadzi prosto na cmentarz...

[na 100% w xfig, bardzo profesjonalnie wygląda; później przerzuciłem się na gnuplota]



Saturday, 18 January 2025

wiosna idzie

Właśnie. Udało się pojeździć - do Gassów i z powrotem, nawet z dwiema górkami, w tym prawdziwie alpejsko serpentyno do okolic Słomczyna. No a druga to do Konstancina tylko. Wiało nieco, ale kudy temu do wichrów w dol. Rodanu, Aosty czy Maurienne. Że nie wspomnę łaskawie o serpentynach i ich ciągowości albo braku.

Byle do lata...

Ze zwierzaków zanotowano dwa lecące łabędzie i kota w polu. Czarny, z biało kropko pod szyjo. Bardzo zacny, jak to kot wincy.

Monday, 24 July 2023

krótki wywczas

W skrócie - padało i to dotkliwie.

1. Nocka w Mezimesti jak zwykle,

2. Ceske drahy do Wiener Neustadt jak zwykle,

3. Stamtąd do Gloggnitz i w lewo, a już w połowie drogi burza; na szczęście zdążyłem awaryjnie pod mostek dokonać obmycia organizmu i zadekowałem się na przystanku postbusa. Po krótkim przejaśnieniu ("podkurwiacz" - tak na to mawialiśmy w skałach) udało się jedynie zmienić przystanek - na położony wyżej, co należy uznać za sukces. Lektura, chipsy, woda, sen. Z domu naprzeciwko zjawił się życzliwy pan w wieku ca. 80 i zaczął zachęcać do hotelu - jest rzekomo niżej. Spadać nie kazał; próbowałem szprychać, że czekam na przejście burzy. No to przy pierwszym okienku trochę w górę, ale okienko cokolwiek zdradliwe - od razu zaczęło solidnie walić, więc w Trattenbach myk pod daszek, na większy kwadrans. Chodzenie w te i wewte, wyglądanie, skąd też idą chmury i czy się aby nie kończą. Jeszcze trochę do góry i kolejny przystanek. Kima.

4. Rano w porządku. Trochę pod górkę i długo w dół, do Birkfeld. Tam żarło i nieznana przełączka w kierunku na zachód. Plątanina szos, żadna nie daje na południowy zachód, a przez Graz nie chciałem po raz kolejny. Zjazd przez Semriach, próba zakiblowania - nijak, odlać się nie idzie, dziesiątki komarów tną, więc dalej - do Gratwein. Tam kolacja i wybitnie podłe miejsce do snu, przy stosie drewna. Gorąco jak nieszczęście, komary, meszki itp. towarzystwo. Zgroza.

5. Koszmarna jeśli chodzi o kształt na mapie i żar z nieba przeprawa do Koeflach. Długo śmierdziało burzą, a na podjeździe na Packsattel walnęło i lało kilka grubych godzin. Trza było sklecić daszek za czyimś składzikiem drewna - kapało po kłodach nieźle. Na koniec, żeby nie pogięło człeka zupełnie czy żeby się nie stoczył jeszcze niżej, należało odwalić roboty ziemne - splantować cokolwiek teren pod spanie. Zaraza i pech, cholera.

6. Rano w miarę raźno w górę, zakupy w miasteczku o jakże wdzięcznej nazwie Edelschrott i z ostrzeżeniami (pojedyncze krople i grożące chmurzydła) przedostaję się na szczyt. Zacna wysokość - ledwie ponad tysięczny metr. Po kawałku zjazdu miejsce, które znam sprzed 5 lat - z Hebalpe tam się dojeżdżało. Nieco na północ, żarło w St Leonhard i pcham się pod Klippitztoerl, też znaną. Przeszło już bez stopu, z wysiłkiem, bo stromawo i serpentyn jak na lekarstwo. Na górze łagodniej. Później w długą i wytrwale na południowy zachód. Ba, z akcentem pomocowym - mianowicie w stanie nażarcia i strzału cukru i polepszającej się pogody robiłem za rozcinacza powietrza jednemu półzawodnikowi, bo cienko niestety prządł. Skręcał później do Gurktal i podziękował i jakoś dodało mnie to mocy i otuchy i wiary w ludzi. Może typ robił jakiś trening na głodno, kto ich tam wie, trenujących. Ossiacher See biorę tym razem od północy, bo od południa jest to męka (drobne podjazdy, zjazdy, ścieżki rowerowe, w Villach łatwo się pogubić), i melduję się w stałej już miejscówce przy śluzie (tzn. urządzeniu do spuszczania wody, nie mylić ze spłuczką, a nie przy śluzie np. od ślimaka). 

5. Rest - niedziela - wszystko (na tyle, na ile sprawdziłem) w Villach zamknięte. Katolicy, kuria nać. No to McD, drożyzna kosmiczna i jakieś szczątki żarcia na stacji benzynowej (jeszcze bardziej kosmiczna drożyzna i na dodatek drogo). Łańcuch podsmarowany, susząca się na balustradce koszulka wleciała w śluzę - pognałem do bajora po drugiej stronie i z pomocą gałęzi odzyskałem mienie. Nie bedo mnie tu z krwawicy okradały, gorze!

6. Dziwny dzień - po pierwsze w stronę od Villach, chyba w Arnoldstein, jednak był markiet czynny w niedzielę. O, głupoto i naiwności... Swojo szoso - co za logika? Centrum handlowe wielkości przesadnej zamknięte na cztery spusty, wszystkie sklepy w rozsądnym zasięgu też, a parę km dalej coś tam otwarte. No to będę pamiętał. Stówka kilometrów do Lienz, ale przez oślą przełączkę Kreuzberg. Znów komuś się na mapie stromizny pomyliły - tj. stromo było, ze 12-13%, ale na zjeździe dużo stromiej, z 15, na granicy niemożliwości wyhamowania do zera bez upalenia ogumień. W dol. Dravy szybki przekąs i cokolwiek rutynowy dojazd do Lienz. Miejscówka ta, co rok temu - tymczasem ktoś rozpierdolił w driebiezgi resztki instalacji pt. hopki dla rowerów. Dechy i śruby sterczo. Na szczęście dyszczu nic nie zapowiadało. Reszta dnia - kąpiel x 2, picie, żarcie, obserwacja myszy w gnieździe itp.

7. Dzień konia, czyli niepotrzebne zwycięstwa - pod górkę mozolnie do Toblach i stamtąd po uzupełnieniu kalorii objazd do Cortiny - dwie przełączki od wschodu. Później nieznalezienie sklepu (gdzieś przecież kurwa musi być, i chyba kiedyś robiłem tam zakupy), ale ok. czwartej dałem za wygraną i po zeżarciu reszty czegoś tam z kukurydzy i zagryzce z czekoladki nadepnąłem na za przeproszeniem pedały i pogoniłem w górę. Nie pamiętam z całej kariery tak niepewnego pogodowo podjazdu, oczywiście z czasów pokurierskich, charakteryzujących się hydrofobią na poziomie straszliwym. Z Falzarego od razu w prawo na Valparola i - sucho stopo i kurtko i sprzętem - z górki do Stern. A tam otwarty sklep, panie! Zeżarłem to i owo, zawiadomiłem dom, że ok, i do miejscówki - pod mostek.

8. Coś musiało zaszkodzić. 5. rano - diarrhea jak stąd do Władywostoku. Dalej sen. Żołądek sugerował nieprzesadnie, że warto walnąć pawia, ale jest taki sposób - głęboko oddychać - żeby zapobiec temu pawiu. Niby wyjechać, niby śniadanie, ale wyraźnie czymś się strułem. Przespałem pół dnia, półprzytomny polazłem do wioski na kawę i chyba wyglądałem nieszczególnie, aż pani kielnerka się zaniepokoiła. Dobrze, że tiramisu nie zwróciłem na miejscu, cokolwiek drożdżami mnie zajeżdżało. Sklep, powrót do bajzlu, żarcie - nawet z jakimś tam apetytem. Cola na żołądek.

9. Rano - sraka. Paso di Gardena i Sella do kompletu. Spadam do Canazei, do zabiegałowki z pizzo - nażarłem się pod korek i następne -dziesiąt km czułem, że w kiszkach orkiestra wzdęta, ale gazy puszczać strach. Krzoki - sraka... Podklepałem pod niesamowicie niezobowiązującą przełączkę San Lugano, wziąłem kąpiel w miejscu, w którym rozważałem biwak, ale nie wyjszło (tj. nic oprócz sraki i kąpieli). Wobec tego z górki - do Auer. Tam zainstalowałem się nad rzeką, w kiepskim miejscu do spania (autostrada i most kolejowy w pobliżu - hałas okrutny). Przed snem - sraka 2x. Wredna rzecz ten układ trawienny, jak się rozreguluje... Aż "Nic śmiesznego" się przypomniało - "u niego to jest nerwowe...".

10. Zmarnowanie czy odwodnienie po srakach (choć pomny przygody z zatkano żyło piłem jak kto głupi i jak kto nie mniej głupi sikałem) zapowiadało katastrofę, ale jakoś po śniadaniu - po dość okrutnym podjeździe do centrum wioski Kaltern - wywindowałem się, z kilkakrotnymi przedyszkami, na Mendelpass. Groziło opadem i po kawałku szybkiego zjazdu podespałem i ostatecznie wylądowałem prawie w Dimaro, klnąc sposób poprowadzenia drogi wokół pn.-zach. krańca jeziora i wiatr. Raz czy drugi w Val di Sole, jak prawie wskazuje nazwa, zapowiadał się dyszcz, ale zaczęło kropić dopiero jak ulokowałem się pod dachem i to po kąpieli. W nocy okazało się, że pod matą jest kałuża - zrobiona z kałuży zrobionej z tego, co kapało z daszku. Więc przeniosłem się do pomieszczenia obok, z logotypem mamy przepieluchowującej bachora, a co tam, szerokim gestem. Beton suchy, najważniejsze.

11. Chałowy dzień, jak zwykle przy Paso del Tonale - na dole upał, na górze deszczyk, zwykle wjeżdżam tam w nastroju potępieńca. Ale wyszło w miarę na moje - sucho. W Ponte di Legno napad na sklep i instalacja w miejscówce.

12. Rest, mycie napędu, sklep, czytanie, kąpiel, golenie. Wyglądać trzeba przecież... Wieczorem i w nocy burza jak nieszczęście.

13. Paso di Gavia, jedna z ulubionych - dawno nie odwiedzałem. Od 3/4 podjazdu mgła jak mleko i okazjonalne kropienie. Rekordowy czas - równo 2 h. Cena za lajtowy napęd - 34:29, człowiek jest coraz starszy. A 5 lat temu poszło w nieco ponad 1.5 h. Po drugiej stronie zapowiedź armageddonu pogodowego, toteż na łeb na szyję do Bormio, byle pod dach i nie musieć motać tarpa w ścianie deszczu. Reszta dnia - sklep, żarcie, kręcenie się po okolicy i szukanie miejscówki na nocleg. Nijak nie wychodzi. W końcu most bodaj w P Chwilę grozi burza i taki wicher, że obsikałoby na bank, ale przejszło bokiem - głupi ma szczęście. Burza z daleka, podwójna tęcza i resztki mammatusów. Zacne.

14. Zestaw żelaznych przełęczy i półprzełęczy, żeby dostać się w okolice St Moritz. Od Livigno do końca podjazdu na Forcola di Livigno - wicher w ryj, ze 30 km/h i więcej. Zgroza. Ale przynajmniej potu wycierać z tego ryja nie trzeba, tylko sól krzepnie. Na ulubionym prostym kawałku zjazdu z Berniny wyszło 88 km/h, wiało w plery prawie do samego dołu. W Pontresinie zakup i oswojenie się ze szwajcarskimi cenami - nie tragedia... Gorzej z pogodą - z zachodu widać było, co nadciąga. Więc odpuściłem Julierpass i pogoniłem (z wiatrem - rekompensata) w dół. Z Albuli też ciągnął opad, więc dalej, dalej - Zernez. Znalazłem miejsce do zakiblowania, z zamiarem odczyszczenia kwestii Ofenpass od tej strony dnia następnego.

15. Tyle że dzień następny przyniósł jawny opad w tamtej okolicy, co spowodowało ostateczne wyłozowanie i ściganie się z chmurami w dół Innu. Taki suchar w nazwie hoteliku, nad St Moritz - "River's Inn". W Sush godzina przeczekiwania pod zamkniętym sklepem, później lepiej. Wylądowałem w Ried na jedynym w swoim rodzaju legowisku - stos desek pod wiaduktem, ze 2 m wysokości, ale łatwo i bezpiecznie wspinalny i zspinalny, przy odrobinie uwagi i instynktu samozachowawczego. Kąpiel w pakiecie - przy ujściu lokalnego strumyka do Innu.

16. W te pędy do Oetz, bo jeszcze jeden problem do rozwiązania pozostał sprzed lat 4 - Kuehtai w drugą stronę. Żar nieziemski, ale po zakupie prowiantu zacne miejsce znalazłem. Kąpiel w głównej rzece w dolinie z takimi szczytami wyżej - niezapomniana. Reszta dnia: leń, chowanie się przed słońcem, czytanie.

17. Kuehtai poszło całkiem sprawnie - 1h48m na prawie 1200 m, nie tragicznie, biorąc pod uwagę to, jak stromo tam bywa, choć są też kawałki praktycznie poziome. No ale kultura RP nie jest mnie obca, nie wyłamuję się i nie wstydzę dobrych wzorców. Na przełęczy prawie o 12.00 i gdy w kawiarence zaczyna przez kołchoźnik nadawać "Hells Bells" (co witam z radością), nagle wszystko zagłusza syrena (po xuj?!) i w dodatku dzwony z kościoła, nie mylić z dzbanami. W dół - ryzykownie, przecież jeszcze stromiej. Dotaczam się do Kematen i postanawiam kończyć ten cyrk. Kilka razy grozi opadem, ale gróźb nie realizuje. Żarcie, czytanie, oczekiwanie na zmierzch.

18. Kolej: Innsbruck-Linz-Praga-Hradec Kralove-Mezimesti-Wałbrzuch. Walnęło po kieszeni jak nic, ale wracam do doboty. Nawet umysł miejscami sprawniejszy niż przed wyjazdem, co bardzo sobie chwalę.

Zwierzaki widziane: koty, psy, ptoki, osły, krowy, owce. Świstaków - ZERO. Raz słyszałem gwizd i nie był to gwizd podziwu dla dokonań sportowych.

Podjechane: Feistrizsattel, przełączka za Koeflach, Klippitztoerl, Kreuzberg, Paso del San Angelo, Paso Tre Croci, Paso Falzarego+Valparola, Paso di Gardena, Paso di Sella, Paso del Tonale, Paso di Gavia, Paso del Foscagno + Eira + Forcola di Livigno + Bernina, Kuehtai.

Coraz mniej. Z roku na rok postanowienie śródroczne - odzwyczaić się od jedzenia, zrzucić 15 kg i jeszcze pojeździć... Inna sprawa, że rozmiar opatrzenia się tych szos jest w czymś smutny.

Przeczytane tuż przed wyjazdem i w trakcie i dokończone tuż po:

A. Makowski, "Tropiąc Bin Ladena",

P. Niemczyk, "Krótki kurs szpiegowania", "Szpiedzy z papieru",

M. Lasek, "Kłamstwo smoleńskie",

T. Turowski, "Krwawiące serce Azji", "Egzekucja",

M. Twain, "A Connecticut Yankee in King Arthur's Court"

Foto wywołane z lasu:

Myszka albo nietopyrz w mieszkaniu, Lienz.

Valparola

Ptak się otrzepuje

Gardena

Sella

okolice Auer

j.w.

przed Mendelpass

po opadzie, nie chciało mi się odwracać

koziołek, Gavia


piesek, Bormio. szprycha przeszkadza

idzie zlewa, Bormio

muł albo osiołek, pod Bormio

klub sportowy "Tęcza"

resztki po burzy


chmura

napęd i widelec prawy tylny

osiołek

Kematen, grozi zlewa

ptok


ptok






 

Monday, 19 June 2023

niespodziewana gościni!

W pracującym i ciepłym przez to kompoście. Oto! Może myszka, a może ryjówka czy jak tam. Podobne zwierzaki widziałem raz w Szwajcarii, ale nie w górach - jakoś Como czy okolice.



Tuesday, 27 September 2022

ptoki i piesy!

Piesek, 2019, Col du Glandon.

Strażnicy kurnika, 2019, przed Bg St Maurice.

j.w.



Jakiś ptak, 2009, Dolomity.

 

świstaki!

Furkapass, 2017. Oswojony.

j.w.

j.w.

j.w.

j.w.

pod Col Agnel, 2017, młodzież






pod Col du Glandon i wyżej tyż.

2016, chyba pod Stelvio

j.w.

poniżej do przedostatniego: Col du Pt St Bernard, 2006.


























2015, pod Col de la Bonette.