Czytam Dzieje apostolskie. I trafiam na 16,16-19. Oto kobieta z "duchem wieszczym" włóczy się za tow. Pawłem i towarzyszami. I rzekomo namolnie powtarza to, co zdaje się być wg wykładni czystą prawdą - że oto idą i głoszą Słowo i proponują zbawienie. Jednostronnie (a być może z pomoco Bożo) tow. Paweł rozeznaje sytuację i - "znużony" - dokonuje wypędzenia z kobiety owego "ducha". Mniejsza o dalsze konsekwencje (bo "duch" i gadanina kobiety podobno jej panom przynosiły zyski, a wobec takiego obrotu spraw jednak zyski poszły w piach i panowie się nieco zirytowali).
Co mnie tu uwiera? Ano, chodzi o obrazek widziany przez obserwatora zewnętrznego, w szczególności nieświadomego (jeszcze?) spraw boskich. A mogącego sobie je uświadomić dzięki działalności Apostołów. Otóż gadanina tej pani mogłaby Pawłowi &co. i sprawie Bożej dać klientelę w postaci kandydatów na wiernych. Co należałoby przecież - dla dobra sprawy! - przyjąć. I żadne"znużenie" nie powinno tu być istotnym kosztem, skoro Mistrz swego czasu ducha na krzyżu oddał, a przedtem wycierpiał konieczność polemiki z tow. faryzeuszami. Tymczasem tow. Paweł lekko i dodatkowo wbrew hasełku, że "błogosławieni ubodzy duchem" (bo coś takiego wietrzę u onej kobiety), po prostu pozbawia ową panią części tożsamości. W sumie trochę dla własnej wygody. A może dla jej dobra? Nie wiem, czy kobieta z tej relacji istotnie sprawiała wrażenie nieco poszkodowanej na głowę. Wg mnie, z dzisiejszej perspektywy, raczej tak, i o apostołach przemilczmy...
Tak więc postępek Pawła zdaje mi się być godnym silnego, asertywnego człowieka, raczej nie prawego chrześcijanina, a co dopiero ex-ucznia, tj. świadka działalności tow. Chrystusa. I nie ma wiele wspólnego z miłością bliźniego. Nie odbyło się zresztą nic zbliżonego do prób perswazji, a przynajmniej nie zostało to zanotowane. Tylko opędzenie się od opętanej babki jak od naprzykrzającej się muchy.
Gdybym stał z boku, nijak nie kupiłbym wersji, że tow. Paweł i towarzysze głoszą tu wiarę pełną miłości - raczej wyczułbym po tym postępku coś fałszywego.
Zresztą obserwacja działalności, postawy i retoryki tow. Chrystusa (z perspektywy kogoś bez wiary) prowadzi w prostej linii do poważnych kłopotów. Podpadał strasznie, i pretensje wierzących do ówczesnej grupy trzymającej władzę o ukrzyżowanie tow. Chrystusa zdają się być - w społeczno-politycznej warstwie - nijak nieuzasadnione. Tow. Chrystus był buntownikiem. Nie przestrzegał podstawowej zasady PKP, co to brzmi "nie wychylać się". No i dostał, na co zapracował; a co do tego dorobił po drodze i dorobili inni po nim - inna historia, z innego świata.
Niemniej, akceptuję możliwość istnienia tego świata. W jaki sposób tamtejsze władze, istoty duchowe itp. miałyby interweniować w świat nasz (wykrywalnie albo nie przez fizykę naszego świata) - nie wiem. Ale nie muszę. Mogę mieć nadzieję. I ktokolwiek mi powie, że to głupie, mogę tylko potwierdzić, że przykładanie intelektu/rozsądku do tamtego wyobrażonego czy "nadziejonego" świata istotnie nie ma sensu. Ba, przykłady j.w. z wygodnickim tow. Pawłem, pysznym tow. Chrystusem (i parę innych przykładów w tych teczkach też się znajdzie), tony interpretacji, kluczy (i parę zagadnień do dziś rozumianych bardzo dosłownie - chyba nieźle wiem, dlaczego...) pokazują, jak duże jest tu pole do dowolności, nagięć itp. Z punktu widzenia jako takiej ścisłości czy poukładania. "Kochaj i rób co chcesz"?
Będę się boksował i nie dam sobie w cache dmuchać.
No comments:
Post a Comment
Note: only a member of this blog may post a comment.