Spotkanie u Wielkiego Uczonego X. Nie przeczę, światowa chyba sława, wiek co prawda skłaniający już powoli do uporczywego recyclingu własnych wyników i ich natrętnego PR-owania, ale niech tam.
Kiedy poznałem X, byłem świadkiem gadki-szmatki do pani sekretarki, cyt. z pamięci: to mu powiedz, że może mnie w dupę pocałować! Nieźle? Wg mojego gustu uszłoby, gdyby działo się za zamkniętymi drzwiami. A szło chyba o jakiegoś recenzenta, bo X to bardzo sprawny odkurzacz na fundusze. Kasa, misiu!
Dwa tygodnie temu występ był jeszcze bardziej kwiecisty - przy gościach i współpracownikach/podwładnych padło, że owi ostatni powinni być mi wdzięczni za to, że wezmę ich na konferencję, bo będą mieli okazję zobaczyć, jak odnoszą się do mnie inni [w podtekście: naukowcy, a odnoszą się z szacunkiem i poważają itp.].
No i co zrobić, oprócz facepalma i nieskrępowanego, ale pełnego zażenowania chichotu? Nie miałem oporów. Książę udzielny na włościach, trzęsący folwarkiem.
A podwładni? Ech - szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego? (Albo: nie samym chlebem człowiek żyje, ale i samą godnością ciężko zakąsić.)
Zapomniałbym, X ma przed nazwiskiem wiele liter, wśród nich "inż." - przypadek?
No comments:
Post a Comment
Note: only a member of this blog may post a comment.